Recenzje

„The Disaster Artist”: Nadciąga totalny kataklizm [RECENZJA]

Oh hai, Mark!

Jakimś cudem jeden z najgorszych filmów wszech czasów stał się inspiracją dla jednego z najlepszych filmów ostatnich miesięcy. Opowieść o arcydziele Tommy’ego Wiseau wyniesie was na inny wymiar postrzegania magii kina.

Tommy (James Franco) jest wysoki, dobrze zbudowany i blady jak śmierć. Nie wiadomo ile ma lat, ani jak dorobił się niewyczerpalnego źródła pieniędzy. Skąd pochodzi? Akcent zdradza, że urodził się w Europie Wschodniej. On sam usilnie twierdzi, że wychował się w Nowym Orleanie. Jedno jest pewne – Tommy kocha kino, nawet jeśli kino nie chciałoby mieć z nim nic wspólnego. Razem ze swoim najlepszym kumplem Gregiem (Dave Franco) postanawia zrealizować film z aktorstwem klasy Jamesa Deana i z fabułą godną pióra Tennessee Williamsa. Finalnie ich wyczyn zapisał się w historii kina… ale chyba w nie do końca zamierzony sposób.

Wątpliwej jakości talent i ekscentryczna maniera nie przeszkodziły Tommy’emu Wiseau wznieść się na szczyt. Jego „The Room” z 2003 roku to bez wątpienia najlepszy najgorszy film wszech czasów. Jak doszło do powstania tego arcydzieła, które przez pięć (!) lat promowane było billboardem umiejscowmy w atrakcyjnym zakątku Los Angeles? Tego dowiecie się z „The Disaster Artist”. James Franco wziął na tapet wspominki Grega Sestero, a do współpracy zaprosił kolegów z branży (od Sharon Stone i Jacki Weaver po Zacka Efrona i Setha Rogena) oraz swojego brata, Dave’a Franco. W małych rólkach pojawiają się także Judd Apatow, a nawet sam zainteresowany i gwiazda „The Room”, czyli Tommy Wiseu. Jego występ nagrodzi cierpliwość kinomanów, a zirytuje obsługę kina.

Całość od początku zapowiadała się dość średnio. Po co robić film o najgorszym filmie świata? Czy tylko dla dowcipu, branżowego żartu? A może tylko z pychy i chęci cynicznego spojrzenia na plebs okiem bogów z Hollywood? Poddawano w wątpliwość pomysł Franco i oskarżano go o chęć ośmieszenia Wiseau w niewybrednej komedii. Tymczasem mylili się ci, co dzieło Jamesa Franco postrzegali jako niepotrzebne uwznioślenie beztalencia. „The Disaster Artist” to zabawna i szczera aż do bólu historia o spełnianiu swoich marzeń. No i o podążaniu w otchłań za szaleńczą pasją fascynującego i charyzmatycznego człowieka.

Imponuje poświęcenie ekipy „The Disaster Artist”, która z pietyzmem godnym benedyktyńskiego skryby kopiuje (nie)sławne fragmenty „The Room”. Jeszcze bardziej imponuje kreacja Jamesa Franco, który nie tylko wciela się w Tommy’ego, ale wręcz staje się Wiseau z krwi i kości. Może i nie wygląda jak on, ale nadrabia to perfekcyjnym odwzorowaniem manieryzmów i odzywek wizjonera, który w swoim dziele na przykrą opowieść o pobiciu reaguje pociesznym „Ha, ha!”, a siedmiosekundową scenę z jedną linią dialogu powtarza sześćdziesiąt siedem razy. Nie dziwi Złoty Glob dla Franco, dziwi zaś brak nominacji do Oscara. Nieładnie, Akademio, nieładnie.

Niezrozumiały geniusz. Szemrany bogacz. Pasjonat kina. Taki naprawdę jest Tommy Wiseau, a twórcy „The Disaster Artist” składają hołd jego imponującej pewności siebie. „The Disaster Artist” może stać się ulubionym filmem dla wszystkich marzycieli śniących o karierze w Hollywood. To nie „La La Land”, tutaj nie śpiewają i nie tańczą, bo nie muszą. Prawdziwa historia obroniła się sama. Oh, hai good movie!

ocena: 8/10

Nie uderzył jej, to nieprawda, to g***no, nie uderzył jej,
Piotr Olczyk

The Disaster Artist

Komedia Dramat Od lat: 15 103 min

Więcej o filmie ZAREZERWUJ/KUP BILET
Komentarze

Dodaj swój komentarz do „The Disaster Artist”: Nadciąga totalny kataklizm [RECENZJA]

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.