Recenzje

[RECENZJA] „Pewnego razu… w Hollywood”

Bo fantazja jest od tego

„Pewnego razu… w Hollywood” jest baśnią, która czaruje klimatem, oczyszcza przemocą i wzrusza do łez. Jesteście gotowi? No to posłuchajcie.

Wehikuł czasu - to byłby cud! A gdzie zdarzają się cuda? W Hollywood, rzecz jasna. Quentin Tarantino, upojony miłością do X muzy fanatyk srebrnego ekranu, zabiera nas do swojego azylu - krainy lat dziecinnych, w której wszystko może się zdarzyć. Schyłek lat sześćdziesiątych w rozgrzanej słońcem Kalifornii to czas pełnych blichtru gwiazd kina, wiecznej młodości zaklętej na taśmie filmowej i niekończących się przejażdżek wzdłuż Sunset Boulevard. Los Angeles jest czyste, bezpieczne i roztańczone. Wschodzące gwiazdy, takie jak Roman Polański i jego młodziutka żona Sharon Tate, bawią się na imprezach, a hippisowskie komuny rozbijają się na ranczach pod miastem. I tylko kowbojów żal.

Widzicie, westerny są już passé. Teraz kręcą je głównie makaroniarze, zaś amerykańscy chłopcy o kwadratowych szczękach i okrągłych kapeluszach z lękiem patrzą w niepewną przyszłość. Rick Dalton, niegdysiejsza gwiazda serialu o bandytach i łowcach nagród, teraz rozmienia się na drobne grając pomniejsze rólki złoczyńców w popularnych serialach. Jego (stanowczo zbyt przystojny jak na kaskadera) dubler, szofer, pomoc domowa oraz najlepszy przyjaciel Cliff Booth pod maską wyluzowanego uśmiechu skrywa traumatyczne przeżycia wojenne i niejasne wspomnienia nieudanego małżeństwa. Panowie są nierozłączni i razem brną przez świat wypalonych marzeń. A wokół nich Hollywood, mieszkający tuż obok ten słynny polski reżyser z piękną żoną, a nieco dalej ulubione knajpki, plany filmowe i znajomi z pierwszych stron gazet. Czas wielkich zmian zamknięty w bańce najpiękniejszego, wyidealizowanego wspomnienia.

Widzicie, otóż fabuła „Pewnego razu… w Hollywood” jest rozkosznie nieskomplikowana i pretekstowa. Nie znajdziemy tu ani kryminalnych zawirowań rodem z „Pulp Fiction”, ani rozbudowanego studium charakterów z „Nienawistnej ósemki”. Dostajemy za to wgląd w umysł Quentina Tarantino, w jego wizję Fabryki Snów jako miejsca, które zaszczepiło w nim miłość do kina i którą to miłość reżyser pragnie teraz odwzajemnić. Zamiast fabularnych zawirowań woli prezentować widowni kolejne scenki rodzajowe i przyznaję, że choć ta leniwa atmosfera baśniowego Hollywood lat 60. czasem balansuje na granicy ziewu, to opór jest daremny. Trzeba dać się ponieść tej wizji, by „Pewnego razu… w Hollywood” należycie docenić. To nie jest to tylko „kolejny Tarantino” z zabawnymi dialogami, wybuchami ekstremalnej przemocy i poszatkowaną chronologią. To także niemalże filmowy esej snuty niespiesznie między odpaleniem kolejnego papierosa i łykiem whisky.

Epizodyczna struktura umożliwia gościnne występy filmowych tytanów, dzięki czemu Steve McQueen i Bruce Lee dostają swoje pięć minut i wykorzystują je w wyborny sposób. Ta opowieść stoi wybitnym aktorstwem i to zarówno w króciutkich scenkach, chociażby tych z Bruce’em Dernem, Kurtem Russelem i Luke’iem Perrym (w swojej ostatniej roli), jak i na pierwszym planie. Powiedzieć że Leonardo DiCaprio i Brad Pitt są świetni, to jak nie powiedzieć nic. Ten pierwszy kreuje postać niesamowicie złożoną, utalentowaną, acz ułomną, nieświadomą swoich możliwości. DiCaprio jest tak dobry, że Tarantino– na co dzień maniak kontroli – pozwolił mu na pewną dozę improwizacji. Z kolei Pitt ze stoickim spokojem prezentuje postać łagodnego twardziela o niejednoznacznej moralności, obserwującego świat zza ciemnych okularów, jakby bał się, że ktoś wyczyta zbyt wiele w jego oczach. Jego umięśnione ciało skrywa wiele blizn. Jego dusza jest jeszcze bardziej sponiewierana.

No i wreszcie jest Margot Robbie, której przypadło zadanie najtrudniejsze, bowiem jej postać istniała naprawdę i stała się symbolem schyłku złotej ery Fabryki Snów. Balansująca między pierwszym i drugim planem aktorka czuwa nad filmem niczym dobry duch. Idealnie odgrywa dziecięcy entuzjazm Sharon Tate, osoby kochającej wszystko i każdego, roztaczającej wokół siebie anielską atmosferę odurzającej afirmacji życia. „Pewnego razu…” jest hołdem dla Tate, której własna historia skończyła się stanowczo za szybko, zbyt gwałtownie, ale dzięki taśmie filmowej może istnieć w szczęśliwej wieczności pełnej życzliwości i piękna. Nigdy wcześniej nie nazwałbym filmu Quentina Tarantino „wzruszającym”, w przypadku jego dziewiątego dzieła to stwierdzenie jest bardziej niż zasadne.

„Pewnego razu… w Hollywood” nie aspiruje do miana „najlepszego Tarantino”, ale robi coś, czego nawet genialnym „Bękartom wojny” się nie udało – kreuje rzeczywisty świat, w którym granica między prawdą a fikcją jest niemalże niewidoczna, a prawda czasu swobodnie miesza się z prawdą ekranu. Ten strumień filmowej świadomości zatrzymano na najlepszej stopklatce i oprawiono w ramkę. To najbardziej osobisty film kontrowersyjnego reżysera, jego manifest, jego wizja i jego własna fantazja o Hollywood. Fantazja, w którą wierzę.

Ocena: 8/10

Z uśmiechem z kina wychodził
Piotr Olczyk

Pewnego razu... w Hollywood

Pewnego razu... w Hollywood

Dramat Kryminał Od lat: 15 161 min

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do [RECENZJA] „Pewnego razu… w Hollywood”

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Marek

Marek

21.08.2019, 08:26:23

Hollywodzki Miś którego realiów nie znamy i nie rozumiemy. Szkoda, że wiele osób i tak się 'nadzieje' na taką słabizne..

Władysław

Władysław

19.08.2019, 15:21:10

Cd.nie wiem co to gnioty i nie będę się identyfikowal z tymi gniota mi.jedno jest pewne że tuzin moich znajomych już zobaczyło ten film i nie mówią .nie piszą tu bo po co ale powiedzieli krótkie zdanie opinię ok dobry film.niestety to ludzie w większości po studiach więc proszę ich nie identyfikować z ogółem co potrafią tu zostawić swój ślad typu gniot.nuda długi .nic się nie dzieje itp.A z wszystkiego co już można zauważyć to film rzeczywiście dla ludzi z wiedzą o sztuce .nie mogę ciągle zrozumieć dlaczego ludzie spędzają czas w kinie z popcornem uważając że tak jest super.mozna przecież wybrać się na spacer a nie pchać się do kina na film w reżyserii.Tarantino

Magda

Magda

16.08.2019, 15:22:12

Nuuuuuddyyyyyy