Recenzje

Pierwszy człowiek [RECENZJA]

Per aspera ad astra

Ogłuszający hałas. Blacha rozgrzana do czerwoności. Samolot doświadczalny z obłędną prędkością przebija się przez stratosferę i na kilka chwil zastyga między niebem a ziemią. Z kokpitu można dostrzec błękitną poświatę ziemskiej atmosfery, delikatnej i niemal niezauważalnej. Czerń kosmosu – tak intensywna, tak pociągająca, tak niebezpieczna – jest na wyciągnięcie ręki. Neil Armstrong ryzykownie, ale skutecznie sprowadza pojazd na ziemię. To tylko sam początek „Pierwszego człowieka”, a ja już mam spocone dłonie. Później mam też dreszcze, bo nikt dotąd nie pokazał na wielkim ekranie tak realistycznej podróży w komos – nawet Alfonso Cuarón w oscarowej „Grawitacji”. Damien Chazelle wykonał właśnie pierwszy mały krok w drodze po kolejnego Oscara i ogromny skok dla gatunku filmowej biografii.

Rozczulił mnie wstęp do filmu, czyli znajome czołówki wytwórni Universal i studia Dreamworks. Najpierw oglądamy kulę ziemską, potem chłopca siedzącego na Księżycu. To całkowity zbieg okoliczności, ale jakże stosowny. Księżyc był zawsze obecny w życiu Neila Armstronga. W pierwszej scenie mężczyzna wykonuje wspomniany lot doświadczalnym samolotem. Niczym Ikar wzbija się ku niebu, by potem runąć w dół. W odróżnieniu od bohatera mitu Armstrong ląduje szczęśliwie, ale czuje ogromny niedosyt. Za jego spokojnymi oczami kryje się obsesyjna żądza poznania – chęć nie tyle spełnienia marzeń, ale wykonania celu. Wszystko, by ukoić zbolałą duszę. Kolejne wydarzenia z jego życia, te rzadsze, szczęśliwe oraz te częstsze, bardziej lub mniej tragiczne, zawsze rozgrywały się pod czujnym wzrokiem milczącego ziemskiego satelity.

Obsadzenie Ryana Goslinga w roli Neila Armstronga było strzałem w dziesiątkę – facet jest mistrzem stonowanych kreacji outsiderów-marzycieli, którzy bujając w chmurach zaniedbują ziemskie sprawki. Cała reszta to drugi plan, ale za to jaki! Z każdego zakątka kadru spogląda na nas znajoma twarz. W Janet Armstrong, kobietę twardo stąpającą po ziemi, wciela się Claire Foy. Astronautów i pracowników NASA grają między innymi Kyle Chandler, Jason Clarke i Ciarán Hinds. Świetny jest Corey Stoll – jego Buzz Aldrin nie owija w bawełnę, tylko po swojemu wali prosto z mostu. Żadnych półśrodków.

Podobną filozofię wyznaje odpowiedzialny za zdjęcia Linus Sandgren, który całość zdecydował się nakręcić analogowo. Dzięki temu zabiegowi „Pierwszy człowiek” wygląda jak jakieś zapomniane dzieło poprzedniej epoki. Nie czuć tu chłodu formatu cyfrowego, a wszechobecne ziarno nadaje produkcji odpowiedniego charakteru. Zapomnijcie o patosie, efekciarstwie i szerokich planach. Kamera trzyma się blisko astronautów, ich klaustrofobicznych pojazdów i malutkich wizjerów, za którymi rozpościera się przerażająca, fascynująca czerń. Klimat dopełnia oszczędna ścieżka dźwiękowa Justina Hurwitza, dzięki której najważniejsze wydarzenie w dziejach zamienia się personalne, niemalże duchowe przeżycie.

„Pierwszy człowiek” jest kameralnym dramatem o skromnym człowieku, który po prostu nie umiał odpuścić. Otoczony grubą warstwą własnej atmosfery blokował wszechświat pełen innych ludzi, by poradzić sobie z osobistymi demonami. Nie sposób nie kibicować Neilowi Armstrongowi, nawet jeśli dobrze wiemy, jak cała historia się skończy. Przecież tutaj nie chodzi o to, czy się uda, tylko dlaczego ma się udać. Każdy z nas ma swój Księżyc, w którego wpatrujemy się tęsknymi oczami. I tylko od nas zależy, czy zrobimy ten najważniejszy krok.

Ocena: 9/10

O locie na księżyc ten lub tamten marzy
Piotr Olczyk

Pierwszy człowiek

Pierwszy człowiek

Familijny Dramat Biograficzny Od lat: 13 141 min

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do Pierwszy człowiek [RECENZJA]

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.