Recenzje

„Zimna wojna” [RECENZJA]

Żadnej fałszywej nuty.

Bo w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz. Sztampa, prawda? Ale w rękach zdolnego twórcy nawet banały mogą urosnąć do rangi dzieła sztuki. „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego to pozornie prosta historia o dwojgu ludzi, którzy bardzo chcą ze sobą być, ale nie potrafią. Pozory jednak mają to do siebie, że często mylą – i tak oto dostaliśmy jeden z najlepszych filmów o miłości w historii kina. Bohaterowie „Zimnej wojny”, niczym Rick i Ilsa z „Casablanki”, są tylko pionkami w wielkiej grze serc. Jak ćmy błądzą wokół ognia pożądania nie umiejąc wytłumaczyć sobie tej obopólnej fascynacji.

Wiktor (Tomasz Kot) i Zula (Joanna Kulig) poznają się w powojennej Polsce. Przełom lat 40. i 50. Zduszony socrealizmem kraj wymyśla ludomanię na nowo i tak powstaje zespół pieśni i tańca „Mazurek” (oczywiste nawiązanie do kultowego „Mazowsza”). On jest kompozytorem. Najpierw jeździł po wsiach i nagrywał na kaseciaka regionalne przyśpiewki, a teraz przygrywa przyszłym gwiazdom estrady. Zamknięty w sobie, łagodny człowiek, który być może widział zbyt wiele rzeczy podczas wojny. Ona pięknie śpiewa i jeszcze lepiej kombinuje. Mawiają, że zabiła w ojca, że ma wyrok w zawiasach. Nieważne – najbardziej liczą się jej słowiczy głos i uroda. Wiktor nie traci głowy dla Zuli, ale między dwojgiem szybko wybucha szczera, szczeniacka niemal miłość. Zapomnijcie o długotrwałych podchodach. To nie ten film. Wojna się skończyła, kto wie, kiedy przyjdzie następna. Trzeba żyć. Ale żyć ze sobą – to już o wiele  trudniejsze.

Zachwyt publiczności i krytyków. Złota Palma w Cannes za najlepszą reżyserię. Słowa uznania od Benicio del Toro i Cate Blanchett. Można wymieniać dalej, a i z pewnością lista nagród dla „Zimnej wojny” będzie się systematycznie wydłużać. Ale ja te wszystkie pochwały zbywam wzruszeniem ramion. To wspaniale, że dzieło Pawlikowskiego zbiera laury – zupełnie zasłużenie! Ale ja najbardziej doceniam to, że opowieść o miłości Wiktora i Zuli jest po prostu tak cholernie bolesna i równie cholernie prawdziwa. Cieszymy się z ich zwycięstw, frustrują nas błędy i nieporozumienia. Nikt tu nie myśli o ratowaniu świata. Egoizm głównych bohaterów to ich świadomy wybór, a nie wymysł scenarzysty.

„Zimna wojna” to film pełen muzyki, w którym nie ma ani jednej fałszywej nuty. Bezbłędna realizacja, świetne zdjęcia i aktorstwo to jedno, ale przedstawiony na ekranie związek jest tak do bólu prawdziwy, ze moglibyśmy przysiąc, iż oglądamy właśnie czarno-biały dokument z zamierzchłych czasów o ludziach takich, jak my. W losach Wiktoria i Zuli widziałem odbicia sytuacji, które dobrze znam. Miałem wrażenie oglądania na ekranie perypetii z własnego życia. Bolesne rozłąki, irracjonalne zachowania, nici porozumienia, kruche namiętności. Kino to podobno odbicie rzeczywistości, ale tylko najlepszym twórcom udaje się nie zniekształcić obrazu. A jeśli przy okazji poruszają widzem nie uciekając się do tanich wzruszeń i przekuwają banał w złoto, to chyba możemy bez wstydu mówić o obcowaniu z arcydziełem.

Chyba trochę się zakochał
Piotr Olczyk

Ocena: 10/10.

Zimna wojna

Dramat Od lat: 15 88 min

Więcej o filmie ZAREZERWUJ/KUP BILET
Komentarze

Dodaj swój komentarz do „Zimna wojna” [RECENZJA]

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.