Newsy

Za grube na Hollywood? Rozmiar ma znaczenie

Christina Hendricks grubasem? Kamera może i dodaje kilka kilogramów, ale szaleństwo odchudzania w Hollywood przybiera naprawdę niezdrowe proporcje. Przygladamy się temu zjawisku bliżej.

Christina Hendricks grubasem? Kamera może i dodaje kilka kilogramów, ale obsesja chudości w Hollywood przybiera naprawdę niezdrowe proporcje. Na szczęście są aktorki, z którymi normalna kobieta może się utożsamić. Ale jak wygląda ich sytuacja? Przygladamy się temu zjawisku bliżej. Płomiennowłosa Christina Hendricks jest sexy, tym bardziej, że doskonale zdaje sobie sprawę z siły swoich atrybutów. Niektórzy uważają ją za współczesny odpowiednik Marilyn Monroe, a dla wielu kobiet jest inspiracją, dowodem, że nie tylko chude jak patyk nimfy o rysach nastolatki maja szansę na sukces.

A jednak, nie wszystkim odpowiada taka wersja kobiecości. Hendricks, która zanim odpuściła drakońską dietę i zaczęła grać, próbowała sił jako modelka, przyznała, że w przeszłości spotykała się z koszmarnymi reakcjami otoczenia. Agencji nie podobały się jej rude włosy, które obecnie są jej znakiem rozpoznawczym. Agent nazwał ją też ponoć "grubą", a jej - dziś już ikoniczny - biust określił mianem "wymion". Kiedy przyszła moda na modelki o sylwetce czternastoletniego chłopca, kształtna Hendricks wypadła z obiegu.

Hendricks pozuje na kobietę, która swoje kobiece kształty akceptuje i jest z nich dumna. Niedawno jednak ta chodząca ikona "puszystości" zbeształa na wizji australijską dziennikarkę, która w rozmowie użyła terminu "full figured" ("o pełnych kształtach") w odniesieniu do jej figury. To określenie wywołało u Hendricks widoczny dyskomfort i irytację, a rozmowa szybko podryfowała w mniej drażliwe strony. Skąd te kontrowersje? Czy wizerunkowo droga od "pełnych kształtów" do "grubasa" jest zbyt krótka?

Ostatnio głośno było o grającej obecnie w serialu "Czas prawdy" Romoli Garai, która według normalnych, codziennych standardów jest osobą bezdyskusyjnie szczupłą. Aktorka zabrała głos w dyskusji na temat wagi, ponieważ denerwowało ją ciągłe poprawianie kobiecych sylwetek w programach graficznych. Ją samą także to spotkało. "Moja waga była problemem od samego początku. Wtedy - i teraz - nosiłam małe 38. Było to dla branży nieakceptowalne. Częściowo taka sytuacja spowodowana jest tym, że światy mody, filmu i telewizji stały się współzależne. Coraz więcej aktorek bierze udział w kampaniach domów mody i granica między modelkami a aktorkami zaciera się. Nie ma możliwości, żebym mogła zadzwonić do projektanta, który wypożycza mi suknię na czerwony dywan i zapytać: "a macie może ten model w rozmiarze 38?". Wszystkie modele do wypożyczenia to rozmiar S, małe 36. Jeśli chcesz je nosić, musisz schudnąć.". W świecie fleszy i tabloidów nawet naturalne przyczyny dodatkowych kilogramów nie uprawniają gwiazd do tycia. Od świeżo upieczonych matek oczekuje się natychmiastowej utraty wagi połączonej z wywiadami o drakońskim treningowo-dietetycznym reżimie. Ostatnio o swoim "lepszym" ciele po drugiej ciąży opowiadała chuda jak szparag, umięśniona Kate Hudson, która efekty diety chętnie prezentuje w czwartej serii serialu"Glee". Jeśli aktorki nie skurczą się w dwa miesiące z powrotem do rozmiaru "zero", automatycznie stają się pośmiewiskiem. Znana m.in. ze "Służących" i "Saga Zmierzch: Zaćmienie" Bryce Dallas Howard otwarcie i szczerze opowiadała o depresji poporodowej i mentalnych zmaganiach z dodatkowymi kilogramami, ale tabloidy i tak pastwiły się nad nią, nazywając pogardliwie "wielorybem" i wieszcząc zmierzch kariery.

Ostatnio na ekranach kin coraz częściej widujemy aktorki, których kształty są znacznie pełniejsze niż figura Hendricks. Rebel Wilson, Melissa McCarthy czy Gabourey Sidibe są formatem zdecydowanie bliższe przeciętnej Amerykance. Kobiecie, która raczej nie ma prywatnego trenera i kucharza, często je fast food, wszędzie jeździ samochodem i statystycznie ma rozmiar 46. McCarthy ma na koncie nominację do Oscara za rolę w "Druhnach", Sidibe za swój ekranowy debiut, "Hej Skarbie". Znana m.in. z "Wieczoru panieńskiego" Wilson to z kolei ostatnio najgorętsze na gruncie komedii nazwisko - tylko w 2012 roku wystąpiła w sześciu filmach. Ale wyżej wymienione artystki nigdy nie grają po prostu zwyczajnych kobiet. Pierwszym pryzmatem, przez jaki definiowane są ich postaci, jest zawsze waga: rozumiana jako coś śmiesznego, smutnego, krepującego, obiekt kpin pozostałych bohaterów. W Hollywood pełniejsze kształty to właściwie gwarancja zamknięcia w szufladce stereotypu. Albo braku pracy.

Christinie Hendricks udało się przekuć swoją ni mniej, ni więcej, ale właśnie pełną - i cholernie piękną! - figurę w atut. Granice - i zasadność - rozmiarowej kategorii "plus" zależą oczywiście od widzimisię i kontekstu, ale Amerykański mainstream zwykle przesuwa je w absurdalne rejony. W świecie filmu zwyczajowo małe znaczy piękne. Duże mogą być tylko usta, oczy, piersi - ale nie uda, nie brzuch. Miejmy nadzieję, że aktorka, która z kobiecości uczyniła swoją markę - i stała się dla wielu kobiet wzorem - nie zbeszta już nigdy żadnej chudej jak tyczka dziennikarki, tym samym zdradzając, że być może nie jest aż tak pogodzona ze swoim ciałem, jak chcielibyśmy myśleć.


Anna Tatarska

News ze Stopklatki

Obrazek - Stopklatka-WIECEJ_30.png

The DUFF [#ta brzydka i gruba]

The DUFF [#ta brzydka i gruba]

Komedia Od lat: 12 101 min

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do Za grube na Hollywood? Rozmiar ma znaczenie

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.