Newsy

Wilkołaki i wampiry. Wywiad z Taylorem Lautnerem

W najbliższy piątek w polskich i światowych kinach zadebiutuje ostatnia część "Sagi Zmierzch". W poprzednich latach w Stopklatce mogliście przeczytać wywiady Yoli Czaderska-Hayek z odtwórcami głównych ról w tym filmie.

W tym roku także będziemy mieli dla Was niespodziankę. Tymczasem przypominamy poprzednie rozmowy. Dziś Taylor Lautner. Oto fragmenty tego spotkania, które miało miejsce z okazji premiery "Zaćmienia":

Yola Czaderska-Hayek: Nie masz nawet dwudziestu lat, a już jesteś sławny i bogaty. Jak się czujesz w roli gwiazdy?
Taylor Lautner: Mam wrażenie, że żyję w dwóch światach jednocześnie. W pierwszym z nich występuję w filmach, udzielam wywiadów i pozuję do zdjęć, a w drugim jak dawniej spotykam się z rodziną i znajomymi, jakby nic się nie zmieniło. Oczywiście bardzo mi zależy na tym, by tego drugiego świata nie utracić, ale ten pierwszy całkiem mi się podoba. Jasne, to nie jest normalne, kiedy człowiek budzi się rano i widzi przed domem dwanaście samochodów, w których czają się paparazzi, ale można do tego przywyknąć. Dobrych stron tej sytuacji jest znacznie więcej niż złych. Jeśli miałbym się na coś skarżyć, to tylko na jedną rzecz: nie mogę już tak po prostu pójść do wesołego miasteczka i przejechać się diabelską kolejką. Szkoda. Brakuje mi tego.

Sukces "Zmierzchu" nie przewrócił Ci w głowie?
Nie sądzę. Przede wszystkim nikt z nas nie spodziewał się, że "Zmierzch" okaże się aż takim przebojem. Owszem, kręciliśmy adaptację popularnej książki, ale nie mieliśmy pewności, czy fani tę wizję zaakceptują. Tymczasem okazało się, że film zdobył popularność i zaczęło się o nim robić coraz głośniej. Byliśmy autentycznie tym zaskoczeni. Dla nas saga "Zmierzch" to przede wszystkim coś, co nam się po prostu podoba i nad czym z przyjemnością pracujemy. Niesamowity odzew ze strony fanów to oczywiście miła rzecz, ale raczej nikomu z nas woda sodowa nie uderzyła z tego powodu do głowy. Wydaje mi się, że spore znaczenie ma fakt, że my wszyscy zwyczajnie się lubimy i nie przeszkadza nam, że musimy spędzać razem tyle czasu. To mnie cieszy, bo strach pomyśleć, jak wyglądałaby praca na planie, gdybyśmy się nawzajem nie znosili.

Jak w ogóle trafiłeś do obsady "Zmierzchu"?
Nie mam pojęcia, czemu wybrali właśnie mnie. Na pewno bardzo mi na tym zależało, bo podobała mi się zarówno sama historia, jak i postać Jacoba. Catherine Hardwicke [reżyserka pierwszej części "Zmierzchu" - Y. Cz.-H.] podobał się mój zapał, ale to oczywiście nie dawało mi żadnej gwarancji. Wiadomość o tym, że zagram Jacoba, spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Nie zdawałem sobie sprawy, że na punkcie sagi rozpęta się taki szał, po prostu cieszyło mnie, że mogę zagrać ulubionego bohatera.

Nie kusiło Cię, żeby zapytać Catherine, dlaczego wybrała Ciebie?
Nie, wolałem nie zapeszać. Na pewno miała swoje powody. Po prostu postanowiłem jej zaufać. Ale do końca życia będę jej za to wdzięczny.

Co sprawiło Ci najwięcej kłopotów podczas realizacji sagi?
To zależy, co rozumiesz przez kłopoty. Pamiętam scenę, która wymagała ode mnie sporo wysiłku. W scenariuszu wyglądało to tak, że Jacob niesie Bellę na rękach i mówi do niej przez cały czas. Specjaliści od efektów zamontowali na mnie specjalną uprząż, w której miała zawisnąć Kristen. Ale kiedy zaczęliśmy zdjęcia, okazało się, że chodzenie z uprzężą wygląda strasznie nienaturalnie. Nie było wyjścia, musiałem rzeczywiście nieść Kristen! Ona waży jakieś pięćdziesiąt kilo. To może nie jest dużo, ale trzeba było sfilmować najpierw plan ogólny, potem zbliżenie, potem ujęcie pod jednym kątem, pod drugim... A do tego przez cały czas musiałem coś mówić. W scenariuszu to są jakieś trzy, cztery strony tekstu. Wyszło na to, że nosiłem Kristen praktycznie cały dzień. Ale to tylko jeden rodzaj kłopotów. Były też inne.

To znaczy?
Najwięcej trudności sprawiły mi sceny, w których Jacob wydziera się na Edwarda. Nie jest łatwo odegrać nienawiść do drugiego człowieka, kiedy w rzeczywistości przyjaźnisz się z nim serdecznie. Nie potrafię nienawidzić Roberta, to fantastyczny facet. Dlatego przy scenach kłótni, kiedy rzucaliśmy się sobie do oczu, obydwaj dostawaliśmy ataku śmiechu. Bo to było po prostu absurdalne. Ale za to potem było fajnie, kiedy Jacob mógł pocałować Bellę (śmiech).

Jacob przez długi czas kryje się ze swoim uczuciem. Ty też jesteś taki nieśmiały?
To zależy od sytuacji. Gdyby w grę wchodził ktoś trzeci, pewnie długo bym się wahał, podobnie jak Jacob. Ale jeśli poczułbym iskrzenie między mną i drugą osobą, a instynkt podpowiadałby mi, że warto zaryzykować, to czemu nie? Podejrzewam, że sprawy potoczyłyby się szybciej. Naprawdę wszystko zależy od sytuacji i przede wszystkim od tej drugiej osoby.

Jaka musiałaby być ta osoba, żebyś poczuł iskrzenie? Co jest dla Ciebie ważne w drugim człowieku?
Lojalność i uczciwość. Dobrze byłoby też, gdyby to był ktoś, z kim można się powygłupiać. Z Tobą na przykład mogę wygłupiać się bez problemu (śmiech). Chodzi o to, żeby nie musieć nikogo udawać, żeby być sobą i móc się razem pośmiać.

A co z wyglądem? Nie jest ważny?
Oczywiście, że jest. Byłoby miło, gdyby ta druga osoba ładnie wyglądała. Ale dla mnie liczy się też, co sobą reprezentuje.

Co poradziłbyś osobie, która przeżyła zawód miłosny?
Posłuchać muzyki. W moim przypadku to działa.

 

Redakcja. Wywiad: Yola Czaderska-Hayek

Wywiad ze Stopklatki

Obrazek - Stopklatka-WIECEJ_30.png