Newsy

„Trans”: Szalony rollercoaster

Uczestniczenie w tych poszukiwaniach jest fascynującą przygodą i naprawdę niezłą zabawą...

Czy jedno od-pamiętane zdarzenie może zmienić nasz charakter? W mojej starej osiedlowej wypożyczalni kaset wideo, gdzie filmy grupowano na półkach według kategorii podobieństwa, „Trans" stałby koło „Memento" i „Incepcji" Christophera Nolana, „Zakochanego bez pamięci", „Pamięci absolutnej" i absolutnego pradziada powyższych – „Gabinetu Doktora Caligariego". Nad filmami, na kawałku plastra medycznego widniałby podpis podkradziony filmoznawcy Thomasowi Elsaesserowi – Mind-game movies.

Polskie tłumaczenie tegoż określenia wypada dość fortunnie, bowiem w naszej „łami-główce", dźwięczy zarówno element wyzwania – sygnalizujący, że część roboty związanej z mozolnym łączeniem rozrzuconych w filmie śladów, przypadnie nam, jak i wskazówka dotycząca instancji organizującej narrację w filmie – umysłu, którego kod musimy wspólnie z bohaterem złamać, by znaleźć kluczowe dla fabuły (i tożsamości) odpowiedzi. Film Boyle'a przepracowuje jeden z najpopularniejszych schematów w brytyjskiej kinematografii, który znamy m.in. z obrazów Guya Ritchie'ego, „Angielskiej roboty" Rogera Donaldsona, komedii wytwórni Ealing, czy zrealizowanych po drugiej stronie Atlantyku „Wściekłych psów" Tarantino. Grubą krechą szkicując i nie spoilerując – schemat jest taki: grupa ludzi planuje doskonały skok, odrobili lekcję, przygotowali plan, który następnie z uwzględnieniem kilku nieprzewidzianych zdarzeń zrealizowali. Wszystko byłoby cacy, gdyby któryś ze wspólników nie postanowił ograć reszty va banque. Zazwyczaj zagadkę stanowi tożsamość lub miejsce pobytu sprawcy, w „Transie" obie zmienne są znane od początku. Prawdziwym wyzwaniem staje się wydobycie tajemnicy z dotkniętego amnezją umysłu bohatera.

W trakcie hipnotycznych wycieczek wśród fragmentów wspomnień i fantazji zasób naszej wiedzy równy jest zasobowi wiedzy bohatera – każde wspomnienie może być naznaczone sugestią zmysłowej psychoanalityczki (znakomita Rosario Dawson, w jednej z najciekawszych i najbardziej zniuansowanych ról od lat), czy presją wywieraną przez zniecierpliwionych wspólników lub zastąpione zupełnie fantazmatycznym scenariuszem. Skradzione obrazy z przeszłości mieszają się z obrazami skradzionymi ze ścian galerii, tożsamości rozpadają się i rekonstruują, zmieniając manipulatorów w manipulowanych i z powrotem, zaś całości towarzyszy refleksja nad audiowizualnym fundamentem kategorii, za pomocą których opisujemy siebie i świat. Czy usunięcie jednej twarzy z tygla wspomnień, które definiują dla nas „miłość", ma znaczenie, czy jedno od-pamiętane zdarzenie może zmienić nasz charakter?


Boyle stawia w „Transie" ciekawe pytania, ratując się przed zarzutem wtórności wobec wystawnej „Incepcji". Oba filmy łączy pokrewieństwo, jednak Anglik, który przez całą karierę pracuje z budżetami oscylującymi koło dwudziestu milionów dolarów inaczej ustawia priorytety. Szybko określając warunki wyjściowe i stawkę, przechodzi do serii skeczów prezentujących frapujące mechanizmy pamięci – niezależnie od ich mniejszej lub większej wiarygodności – nieodmiennie stanowią one pożywkę dla intrygujących wizualnych rozwiązań i metarefleksji nad recepcją filmowych obrazów. Jednocześnie „Trans" jest odrobinę niechlujny – znakomity pomysł dominuje tutaj nad egzekucją. Dezorientujące nagłe skoki pomiędzy różnymi płaszczyznami czasowymi, miejscami, perspektywami tylko w części dają się tłumaczyć subiektywnym charakterem narracji. Wsiadając na ten szalony neurologiczny rollercoaster, wygodniej byłoby mieć wyraźną dramaturgiczną ramę, która w chwilach kompletnej dezorientacji podtrzymywałaby naszą uwagę suspensem. Tymczasem w niektórych momentach ciekawsze jest pytanie o kolejny „terapeutyczny" pomysł reżysera, niż rozwój intrygi.

Szukając analogii w filmografii Boyle'a, można stwierdzić, iż „Transowi" znacznie bliżej jest do gatunkowych i wizualnych poszukiwań „W stronę słońca", niż perfekcyjnej orkiestracji „Slumdoga". Ten film to mały narracyjny poligon doświadczalny – ten gatunek kina, które ledwie zwraca koszty produkcji, ale po dziesięciu latach ląduje w kinofilskich kolekcjach, inspirując prace magisterskie (w tym przypadku m.in. „O znaczeniu włosów łonowych w sztuce – od Goi do produkcji filmowej XXI wieku"). Coś wychodzi lepiej, coś gorzej, ale uczestniczenie w tych poszukiwaniach jest fascynującą przygodą i naprawdę niezłą zabawą.


[Stanisław Liguziński]

Recenzja ze Stopklatki

Obrazek - wiecej na Stopklatka_ikonka.png