Recenzje

„Smętarz dla zwierzaków” [RECENZJA]

Czasami martwe jest lepsze.

„Nie chcę być pogrzebany
Na smętarzu dla zwierzaków
Nie chcę przeżyć tego życia
Jeszcze raz

Powyższy cytat pochodzi z piosenki „Pet Sematary” kultowej kapeli The Ramones. Zespół w prostym utworze stawia bardzo proste pytanie: czy warto dwa raz wchodzić do tej samej rzeki? Hollywood  gromko zakrzyknie, że jasne, pewnie, naturalnie! Od lat nasze kina zalewa fala przeróbek, kolejnych wersji, wariacji na znajome tematy i wałkowania raz po raz tego samego. Jednym z beneficjentów tego stanu rzeczy jest Stephen King, którego powieści regularnie trafiają na ekran – dodajmy, że z bardzo różnym skutkiem. Czasami jest wybitnie, by wspomnieć chociażby genialne „To” pożerające w czeluściach kanałów swojego telewizyjnego przodka, czasami na całość warto spuścić zasłonę milczenia (twórcy „Mrocznej Wieży” nie pamiętają oblicza swoich ojców), a czasami produkt powtórnej przemiany jest po prostu… niemalże kopią pierwowzoru. Witajcie na „Smętarzu dla zwierzaków”.

Pod względem fabuły tegoroczna wersja nie odbiega zbytnio od literackiego oryginału i kinowej ekranizacji z 1989 roku. Louis Creed wraz z rodziną przenosi się z wielkiego miasta do małej wsi. Okoliczny las skrywa ponurą tajemnicą – martwi nie pozostają w nim długo martwi. Wkrótce Louis przekonuje się o tym na własnej skórze. Ale nie spodziewajcie się widowiskowych pogoni za zombiakami. Nowy „Smętarz dla zwierzaków” zachowuje ducha oryginału. To kameralna historia o afirmacji życia i akceptacji śmierci. Historia, która - dawno temu zakopana w hollywoodzkim lasku – teraz wstaje z martwych i ponownie nawiedza kinowe sale. Warto iść na seans dać się znowu nastraszyć? Mimo wszystko – tak!

Piszę „mimo wszystko”, bo jestem cwaniakiem, który powieść Kinga przeczytał kilka razy, a ekranizację z lat osiemdziesiątych kocha za kiczowaty, ale bardzo wyrazisty klimat. Znam na wylot tragiczne dzieje rodziny Creedów i cieszę się, że ta opowieść ma szansę wystraszyć kolejne pokolenie horrorowych maniaków. Wszystkie klasyczne elementy tej makabreski są na swoim miejscu i świetnie sprawdzają się w nowym stuleciu: kot Church, sąsiad Jud, siostra Zelda, pędzące ciężarówki, zabawy ze skalpelem, piosenka tytułowa. Nowy „Smętarz dla zwierzaków” kroczy ścieżką wydeptaną przez poprzedników, jednak dla starych wyjadaczy twórcy przygotowali kilka niespodzianek. Horror turpistyczny nieoczekiwanie przeobraża się w horror rodzinny. Jak daleko można się posunąć, by chronić najbliższych? Czy przywrócenie kogoś do życia wbrew jego woli jest etyczne? Oczywiście niczego konkretniejszego tutaj nie zdradzę, ale mniej więcej od połowy filmu całość jedzie swoim torem, by na końcu zaprezentować coś naprawdę oryginalnego.

„Smętarz dla zwierzaków” wyszedł z kinowego grobu i brnie przed siebie wyciągając łapska do kinomanów. Jeśli nie znacie, albo nie pamiętacie tej historii, to najnowsza ekranizacja prozy Stephena Kinga może Was solidnie wystraszyć i nauczyć, by nie igrać z siłą wyższą. Dlatego paradoksalnie wbrew temu, co mówi się w filmie, na teren tego „Smętarza dla zwierzaków” warto się wybrać. Tylko proszę, niczego tam nie zakopujcie!

Ocena: 6,5/10

Nie chce być pogrzebany na „Smętarzu dla zwierzaków”
Piotr Olczyk

Smętarz dla zwierzaków

Smętarz dla zwierzaków

Thriller Od lat: 15 101 min

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do „Smętarz dla zwierzaków” [RECENZJA]

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.