Recenzje

[RECENZJA] „Żeby nie było śladów”

Najlepszy polski film od dawna

Mało jest filmów, po obejrzeniu których widz ma pewność, że oto był świadkiem czegoś ponadczasowego, że widział produkcję, która na stałe zapisze się w annałach kina. Czasem dany tytuł jest po prostu dobry, wart polecenia, a czasem to gniot, przed którym ostrzega się znajomych. Skrajności po obu stronach zdarzają się naprawdę rzadko. Ja gniotów po prostu nie recenzuję, bo nie lubię się nad filmami pastwić. Nawet z tych gorszych produkcji staram się wyciągać pozytywne elementy. Ale czasem trafia mi się właśnie taki film wyjątkowy, przed którego potęgą truchleję. „Żeby nie było śladów” z pełną odpowiedzialnością nazywam arcydziełem, a jednak trudno jest mi o tym dziele pisać.

No bo jak porządnie zrecenzować film, który miejscami zdaje się być wręcz dokumentalnym zapisem tamtych dni? Jak ocenić prawdę? Kino potrafi być wehikułem czasu, a film Jana P. Matuszyńskiego jest tego najlepszym przykładem. To żywe emocje zaklęte na taśmie i magicznie przenoszące widza na niemal trzy godziny do minionej epoki. Znów mamy 1983 rok, a sprawa tragicznej śmierci Grzegorza Przemyka rozpala opinię publiczną. Dopiero co zawieszono stan wojenny, do wizyty Jana Pawła II pozostało niewiele czasu, tymczasem wizerunek władzy pozostawia wiele do życzenia. Rozpoczyna się więc pudrowanie prawdy. Dowody są fabrykowane, ofiary prześladowane. Ojcowie zwrócą się przeciwko swoim synom, rodziny zostaną rozbite, a sprawcy pozostaną bezkarni. Trudno się to ogląda, ale jednocześnie nie można odwrócić wzroku. „Żeby nie było śladów” to intensywne, angażujące doświadczenie. Wdziera się pod skórę niczym thriller, tyle że zamiast seryjnego mordercy mamy tutaj bezlitosny aparat państwowy.

Matuszyński nie bawi się w półśrodki. Jego PRL nie jest PRL-em filmowym, wziętym w nawias. To PRL prawdziwy, szary i smutny, o gorzkim posmaku. Wszyscy mają ziemistą cerę i zmęczone oczy. Z taśmy filmowej bije ziarno, Warszawa jest stolicą betonu, a rządzącym nie można ufać. Nostalgii tu za grosz, a w sercu rodzi się lęk o to, czy tamte czasy aby nie wracają. Bo władzy zawsze marzy się wzięcie obywateli za twarz. „Żeby nie było śladów” jest przerażająco aktualnym filmem. Co i rusz słyszymy chociażby o niczym nieuzasadnionej brutalności policjantów albo o kłamstwach polityków. Ekran odbija naszą rzeczywistość jak lustro, choć od tamtych wydarzeń minęło prawie 40 lat. Nazwy ulic i wygląd przystanków się zmieniły, ale my pozostaliśmy tacy sami.

Matuszyński dba o realia, scenografia w jego dziele jest genialna, a całość jest prowadzona ze śmiertelną powagą. Reżyser jednak co jakiś czas porzuca paradokumentalny sznyt i bawi się formą. Na przykład takich peerelowskich oficjeli przedstawia zawsze w krzywym zwierciadle. Sceny z udziałem Kiszczaka, Jaruzelskiego czy pani prokurator ocierają się o karykaturę. Czytelny to przekaz: władza jest nieudolna, niekompetentna, żenująca i trochę zabawna, ale przy tym śmiertelnie niebezpieczna. Reżyser zdaje się pytać widza o to, czy powinniśmy zgadzać się na to, by o naszych losach decydowali ludzie o przerażającej zdolności do absurdalnych zachowań?

Po drugiej stronie barykady wcale nie jest weselej. Jedyny świadek pobicia Przemyka, jego kumpel Jurek, to młody chłopak pełen ideałów, który odważnie bluzga przy rodzicach i najchętniej spaliłby cały świat w imię swojego zmarłego przyjaciela. Dość późno dociera do niego, że naraża na szwank swoją rodzinę. Nie da się go jednak nie lubić, bo czasem zdaje się, że tylko on tak naprawdę walczy o pamięć o Grześku. Opozycja traktuje śmierć chłopaka jako sprawę polityczną. Matka chłopaka, poetka Barbara Sadowska coraz bardziej zatraca się we własnej żałobie. Jurek wyrasta więc trochę na takiego ostatniego sprawiedliwego, ale i on często myli młodzieńczą butę z rozsądnym postępowaniem. Nie ma w tym filmie heroicznych bohaterów, jest tylko rozpaczliwa próba wydarcia choć odrobiny prawdy z betonowego skansenu Polskiej Republiki Ludowej.

„Żeby nie było śladów” to film ważny, potrzebny, niezwykle aktualny, a przy tym mistrzowsko zrealizowany. Aktorsko to klasa najwyższa i każda, nawet najmniejsza rola zasługuje na owacje na stojąco. Jestem pewien, że seans nikogo nie pozostawi obojętnym. Takie dzieła zdarzają się naprawdę rzadko, dlatego tym bardziej polecam wybrać się do kina. Nie pożałujecie.

Nie wierzy politykom,
Piotr Olczyk