Recenzje

[RECENZJA] „Wojna z dziadkiem”

Wojna domowa od wielu wieków trwa

Ostra wojenka w familijnym sosie? Sprawdźcie naszą recenzję komedii „Wojna z dziadkiem”.

Jedno jest pewne – ten film nie odkrywa Ameryki i nie prezentuje nam czegoś, czego wcześniej nie widzielibyśmy w podobnych dziełach traktujących o międzypokoleniowym konflikcie. Ale „Wojna z dziadkiem” posiada tajną broń, która jest jednocześnie największym atutem omawianej produkcji. To broń masowego rażenia, która wywoła spustoszenie w kinomańskiej głowie. Chodzi rzecz jasna o… ponownie spotkanie na planie filmowym Roberta De Niro i Christophera Walkena. Czy „Wojna z dziadkiem” to zakamuflowana kontynuacja „Łowcy jeleni”?

Ok, odkładam żarty na bok, ale fakt – aktorstwo to największa siła „Wojny z dziadkiem”. A może nawet nie tyle aktorstwo, ile chemia między postaciami. Ekipę seniorów reprezentują tutaj wspomniani De Niro i Walken, ale swoje kroki dziarsko stawiają także Cheech Marin i Jane Seymour. Ten pierwszy to legendarny komik, który często pojawiał się u Roberta Rodrigueza, zaś serialowej Dr Queen nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Dość rzec, że starsi państwo czują się w tej lekkiej komedii idealnie i mogę tylko sobie wyobrażać, ile zabawy mieli na planie. Seymour jako głos rozsądku zza kasy w elektromarkecie, Marin jako podstarzały podrywacz, Walken w roli emerytowanego dzieciaka kochającego nowinki technologiczne i wreszcie De Niro jako De Niro, zmęczona życiem ikona marudząca na każdego i na wszystko. Dobrze się patrzy na tę bandę, a po seansie wezbrała we mnie nadzieja, że doczekamy się kiedyś sequela, w której senior party na przykład jedzie gdzieś na wakacje i wpada tam w wielkie tarapaty. Tak, wiem, „znane, było”, ale mimo wszystko: oglądałbym.

„Wojna z dziadkiem” fabularnie nie zaskoczy raczej nikogo prócz najmłodszych widzów, ale za to wszystkim da wiele, wiele radości. Żarty są znajome i delikatnie lawirują na granicy dobrego smaku. Moim ulubionym gagiem zdecydowanie jest przerażająco zabawny moment na... pogrzebie. Niczego nie zdradzę, ale jest ostro. Dziadek i wnuczek toczą niemalże śmiertelne boje o to, kto ma prawo do mieszkania w wygodnym pokoju, a kto wyląduje na obskurnym strychu. Starcia są coraz bardziej wymyślne, a na horyzoncie dość szybko majaczy pacyfistyczny morał. Pozytywnie zadziwia to, z jakim pietyzmem twórcy podeszli do zasad tytułowej wojny. Mamy tu dwie strony, które oficjalnie rozpoczynają konflikt, podpisują deklaracje czy działają poprzez mediatora. Dzieciaki będą śmiać się z rozkręconych foteli i spadających portek, a dorośli nie raz struchleją myśląc o finansowych konsekwencjach domowego chaosu. Kinomanów ucieszą delikatne nawiązania do „Ojca chrzestnego” czy chociażby „Kill Billa”. Nie powinno to nikogo dziwić, bo filmową mamuśkę gra tutaj Uma Thurman.

„Wojna z dziadkiem” to idealny film na niezobowiązujący familijny wypad do kina. Żarty nie są przesadzone, przemoc jest slapstickowa, a po seansie od razu chce się iść uściskać jakiegoś seniora. Starszaki górą!

Z dziadkiem czasem też darł koty
Piotr Olczyk

Wojna z dziadkiem

Wojna z dziadkiem

Familijny Komedia Od lat: 6 98 min

Więcej o filmie KUP BILET