Recenzje

[RECENZJA] „Wesele”

Bez popity

Wstyd jest jak sumienie. By się do niego przyznać, potrzeba nie lada odwagi. Wojtek Smarzowski od lat bezlitośnie punktuje wszystkie grzechy i grzeszki Polaków. Narodu dumnego, ale i niepozbawionego wad, wbrew temu co głoszą niektórzy. Nowe „Wesele” pozostawiło mnie z zaciśniętym gardłem i zaczerwienionymi oczami. To najlepszy, najmocniejszy i najbardziej emocjonalny film „Smarzola” od czasów „Róży”. Bez dwóch zdań najtrudniej recenzuje mi się te produkcje, które wywołały we mnie największe emocje. Czasem po prostu brakuje właściwych słów. Tak to już bywa, gdy dobre kino aż zapiera dech w piersiach.

Z pewnością będą widzowie, którzy na „Wesele” zareagują tak, jak niektórzy z ekranowych bohaterów. Żyłka im pęknie, chwycą za siekierę, zaraz będą chcieli brać kogoś na widły. Tak było kiedyś, tak jest teraz. Nic się nie zmieniamy, dalej jesteśmy małostkowi, zawistni i łatwowierni. Dalej łatwo nas wyprowadzić z równowagi oraz zmanipulować. Nieważne, kto szepcze nam do ucha – bolszewicy, naziści, ksiądz czy szef. „Wesele” jest jak wiekowe zwierciadło odbijające narodową traumę. Z pewnością pojawią się zarzuty o antypolską postawę, być może niektóre środowiska zbojkotują tę produkcję. „Róża” zakazana była na Rosji, „Wołynia” zaś nie można było obejrzeć na Ukrainie. Reżyser rzucił, że „Wesele” może być zakazane w Polsce, ale ja traktuję te słowa bardziej jako przepełniony obawą zalążek dyskusji niż marketingową prowokację. Nawet nie chcę myśleć o tym, że żyję w kraju, w którym władza ma zakusy na cenzurowanie kina.

Smarzowski swój nowy film prowadzi torami dwóch linii czasowych. Współczesne wesele odbywające się podczas pandemii miesza się z wydarzeniami sprzed lat. Wszystko za sprawą Antoniego, bohatera wojennego, a zarazem dziadka panny młodej, który myślami wraca do czasów swojej młodości. Nietrudno mu się dziwić, skoro historia niemalże powtarza się na jego oczach. Antoś za dzieciaka naoglądał się duchownych wzywających z ambony do eksterminacji Żydów, patrzył na gwałty, rubieże i napojone wódką bojówki chłopskie rzucające się do gardeł swoich semickich sąsiadów. Tymczasem współcześnie senior rodu ogląda, jak kibole wywrzaskują antysemickie hasła, ksiądz przestrzega przed tęczową zarazą, a pijani goście weselni tracą kontakt z rzeczywistością. Zło może przybrać najrozmaitszą postać. Czasem będzie to bezwzględny oficer SS, a czasem prymus wygrywający olimpiady historyczne. Pamięć o tym co było kiedyś jest bardzo ważna, ale nie możemy usprawiedliwiać nią swoich czynów. Nie można zapomnieć, ale nie można też pamiętać wybiórczo. A właśnie z tą wybiórczą pamięcią mamy według Smarzowskiego największy problem.

„Wesele” to film mistrzowsko zainscenizowany, ale i bolesny. Trochę irracjonalne, ale potrzebne poczucie winy może zapłonąć u co wrażliwszych widzów, wstydzących się za nikczemne czyny swoich pobratymców. Jest to także film bardzo, ale to bardzo poruszający. Nie sposób się tu nie wzruszyć. Trudno jest mi sobie wyobrazić osobę, która ten seans z całkowitą obojętnością. Reżyser nie szuka kontrowersji na siłę, ale i nie ma oporów przed graniem na emocjach za sprawą mistrzowskiego montażu. Przeszłość miesza się z teraźniejszością, a z tej mieszanki wynurza się wizja niezbyt radosnej przyszłości malowanej brunatną farbą. Tylko od nas zależy, czy faktycznie tak będzie. Smarzowski przestrzega przed zatraceniem się w nienawiści, przed dzikim tańcem przemocy. Remedium na zło jest proste – miłość. Reżyser wielokrotnie wspominał, że „Wesele” to film właśnie o miłości, choć ja zrozumiałem sens tych słów dopiero po seansie. Zło jest jak kac, kiedyś przeminie, a prawdziwa miłość zostaje w nas na zawsze. 

Katartyczny seans odbył
Piotr Olczyk

Wesele

Wesele

Dramat Obyczajowy Od lat: 15 133 min

Więcej o filmie KUP BILET