Recenzje

[RECENZJA] „Tylko sprawiedliwość”

Sweet home Alabama

Witajcie w Alabamie, sercu południowo-wschodnich Stanów Zjednoczonych. To takie specyficzne miejsce, w którym czarnoskóry adwokat musi rozebrać się do rosołu przed spotkaniem ze swoim klientem. Czy jest to zgodne z prawem? Absolutnie nie. Czy tak trzeba robić? A żebyś wiedział, że tak. I lepiej nie zadawaj tylu pytań, bo lokalna policja postawi cię do pionu. Chyba że jesteś biały, wtedy nie ma problemu, możesz robić co chcesz. Tutaj przede wszystkim dba się o bezpieczeństwo ludzi, jak wspomina miejscowy prokurator okręgowy. Rzecz jasna chodzi o ludzi o jedynym słusznym kolorze skóry. Zaiste „Tylko sprawiedliwość”, prawda?

Muszę przyznać, że dramat sądowy nie byłby moim pierwszym wyborem na powrót do kina po kilkumiesięcznej przerwie, ale i tak czułem sporą ekscytację przed seansem. Maseczka na twarzy mi nie przeszkadzała, zasmuciła mnie jednak wyjątkowo mała frekwencja. Pokaz prasowy zaszczyciło zaledwie kilku krytyków – szkoda, bo „Tylko sprawiedliwość” jest bardzo dobrze zrealizowanym i niestety przerażająco aktualnym filmem. Produkcję oparto na prawdziwej historii czarnoskórego mężczyzny niesłusznie zamkniętego w celi śmierci oraz młodego adwokata, który postanowił uratować swojego klienta przed niechybnym końcem. Oglądamy więc ciągłe ślęczenie nad aktami, wytrącanie argumentów z rąk prokuratora, szukanie dowodów, przesłuchiwanie świadków oraz przede wszystkim maniakalne wręcz dążenie do prawdy i sprawiedliwości. Akcja rozgrywa się na przełomie lat 80. i 90., ale całość równie dobrze mogłaby dziać się współcześnie.

Jamie Foxx jest wyjątkowo wiarygodny w roli Waltera McMilliana. Aktor i raper znany ze swojej swady i przebojowości prezentuje tu zaskakująco wyciszoną kreację mężczyzny dumnego, ale i złamanego przez system. Skazaniec nie jest człowiekiem idealnym, niejedno ma na sumieniu, ale nie są to grzechy, za które trafia się do celi śmierci. Michael B. Jordan, ekranowy Killmonger z „Czarnej Pantery” i syn kultowego pięściarza w serii „Creed” może nie wygląda na typowego adwokata ze swoim wyrzeźbionym sześciopakiem, ale świetnie sprawdza się w roli typowo mówionej. Jego Bryan Stevenson to ambitny, ale nie wszechwiedzący specjalista. Popełnia błędy, jest nieco zbyt wrażliwy, ale ma bardzo jasno sprecyzowaną misję – pomóc tym, których cała reszta dawno spisała na straty.

Na drugim planie dostajemy kilka pamiętnych epizodów także opartych na życiorysach prawdziwych osób. Brie Larson z gracją wcieliła się w przebojową asystentkę Stevensona. Rob Morgan i O’Shea Jackson Jr. brylują jako kumple spod celi, dla których Walter jest duchowym wsparciem. Rafe Spall interesująco zagrał prokuratora, z którym Stevenson toczy regularne boje. Upiornie dobrze wypadł także Tim Blake Nelson w roli więźnia, który sporo namieszał w życiu głównego bohatera tej historii.

Film miejscami został dość grubo wyciosany, ale z drugiej strony jest to przecież dramat sądowy, którego twórcy mieli nam do przekazania konkretną tezę. Z ekranu grzmi więc, że źle się działo i wciąż źle się dzieje w amerykańskim systemie sądowniczym, który nie daje ludziom równych szans i faworyzuje konkretny kolor skóry. Poziom bezczelności i pogardy reprezentowany przez niektóre postacie aż za bardzo przypomina nam to, co możemy usłyszeć chociażby z ust polskich polityków. Dobrze się stało, że „Tylko sprawiedliwość” finalnie trafiło na wielki ekran. Heroiczne wyczyny Bryana Stevensona imponują, a niektóre sceny wyciskają z oczy łzy. Całość wypada bardzo solidnie i jest ważnym głosem w walce mniejszości o swoje prawa.

Ocena: 8/10

Na kinowe łono powrócił
Piotr Olczyk

Tylko sprawiedliwość

Tylko sprawiedliwość

Dramat Od lat: 15 137 min

Więcej o filmie ZAREZERWUJ/KUP BILET
Komentarze

Dodaj swój komentarz do [RECENZJA] „Tylko sprawiedliwość”

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.