Recenzje

[RECENZJA] „Tenet”

Powrót do przeszłości

Ten film trzeba obejrzeć w kinie. „Tenet” Christophera Nolana powstał z myślą o wielkim ekranie. Reżyser podkreśla to na każdym kroku dociskając gaz do dechy i wbijając widza w fotel. Zapomnijcie o typowej strukturze sensacyjnej produkcji. Nolan, jak to ma w zwyczaju, robi wszystko po swojemu. Jego nowe dzieło oszałamia w każdym możliwym znaczeniu.

Opowiadanie o fabule mija się z celem. Podobnie jak „Incepcja”, tak i „Tenet” jest filmową układanką, która wciąż na nowo rozkłada i składa się przed publicznością. Zdradzić mogę punkt wyjścia: superszpieg zaczyna igrać z czasem, by zapobiec wybuchowi III wojny światowej. Jeśli właśnie pomyśleliście, że to brzmi jak jakaś futurystyczna odsłona przygód Jamesa Bonda, to gratuluję – dobry trop! W „Tenet” także skaczemy wraz z bohaterami z miejsca na miejsce, a scena akcji goni kolejną scenę akcji. Bez wytchnienia i bez zbędnych wypełniaczy.

Brytyjski reżyser wyraźnie inspirował się perypetiami 007, ale nie zapomniał o swoim stylu. Całość przesiąknięta jest tym specyficznym nolanowskim chłodem tak często wytykanym mu przez jego krytyków. Emocje poczujemy, ale romantycznych zrywów nie oczekujmy. W tym szaleństwie jest metoda, bowiem ckliwych tekstów tu jak na lekarstwo, do minimum ograniczono także przemowy i górnolotne frazy. Liczy się tylko misja. Niektórzy widzowie mogą mieć z tym problem, ale mnie cieszył ten brak nadmiernej egzaltacji.

„Tenet” jest efektowny i bardzo, bardzo głośny. Dwuipółgodzinny seans wypełniają starannie przygotowane sekwencje akcji zrealizowane bez pomocy komputerowych efektów specjalnych. Brytyjczyk nie idzie na kompromisy. Jeśli coś ma wybuchnąć, to naprawdę eksploduje. Jeśli trzeba pokazać desant setek żołnierzy, to nikt nikogo cyfrowo nie powiela. Rozbite auta rozbijane są naprawdę, a kaskaderzy faktycznie lawirują na ciężarówce pędzącej autostradą. A to wszystko do taktu niezwykle głośnych, bardzo selektywnych odgłosów wszelkiej maści. Huk wystrzałów, impet ciosów, tłuczone szkło i ryk motorówki – wspomniałem już, że „Tenet” oszałamia w każdym znaczeniu tego słowa, prawda?

Christopher Nolan w swoim najnowszym filmie znów każe widzom trochę pogłówkować i chwała mu za to, że „Tenet” to całkowite przeciwieństwo bezmyślnych filmów akcji. Niedopowiedzenia są kolejną nolanowską zagrywką, z której reżyser chętnie i często korzysta. Czasem jednak lepiej po prostu uwierzyć mu na słowo, niż rozkładać jego scenariusz na czynniki pierwsze. „Tenet” miejscami jest zbyt zawiły, a wątki są niepotrzebnie komplikowane. Nie zmienia to faktu, że całość ogląda się z opadniętą szczęką. Rzadko zdarza się tak wystawne i diablo drogie kinowe widowisko, które nie jest ani kolejną częścią znanej serii, ani przeróbką starego hitu. Takie rzeczy należy doceniać.

„Tenet” nie bawi się w półśrodki i od samego początku zanurza widza w świecie, w którym gra o najwyższą stawkę czasem toczy się wstecz. Film oszałamia, może czasem nawet zbyt mocno, ale wszystko podszyte jest zachwytem nad kinowym widowiskiem, jakiego dawno na wielkich ekranach nie oglądaliśmy. Wróćmy do tego, co już było, by w przyszłości działo się lepiej. Palindrom w tytule nie jest dziełem przypadku. 

Ocena: 8/10
Do tyłu nie cofa się nigdy
Piotr Olczyk

Tenet

Tenet

Akcja Science-Fiction Thriller

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do [RECENZJA] „Tenet”

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.