Recenzje

[RECENZJA] „Shazam!”

Superbohater po słowie.

Ktoś w DC chyba poznał kilka magicznych sztuczek, bo od jakiegoś czasu filmy tego studia zaczęły zdobywać uznanie widzów i krytyków. A może wystarczyło po prostu zostawić na chwilę Batmana i Supermana w spokoju? „Wonder Woman” poniosła sztandar superbohaterek, „Aquaman” oczarował rozmachem, a teraz przyszła pora na to, by „Shazam!” ujął nas swoją dziecięcą radością z bycia komiksowym bohaterem.

Jedno słowo i masz supermoce. Ekstra, prawda? Coś takiego byłoby spełnieniem marzeń każdego nastolatka. No chyba że nazywasz się Billy Batson, masz czternaście lat i właśnie trafiasz do siódmego z rzędu domu zastępczego. Niewesołe jest życie porzuconego dziecka. Chłopaka nie za bardzo obchodzi to, że Liga Sprawiedliwości dopiero co uratowała świat. On ma swoje problemy. A wkrótce pojawia się kolejny - w tajemniczym wymiarze Billy otrzymuje dar. Po wypowiedzeniu imienia "Shazam" zamienia się w umięśnionego i - co najważniejsze - dorosłego herosa. A co robi dzieciak w ciele superbohatera? Wydurnia się, rzecz jasna. Dobrą zabawę przerywa pojawienie się arcyłotra z prawdziwego zdarzenia…
„Shazam!” zapunktował u mnie przede wszystkim świetnym klimatem i idealnie wyważonym ciężarem opowieści. Podobnie jak w najlepszych filmach wytwórni Amblin, tak i tutaj w centrum wydarzeń są dzieciaki, które nierzadko wpadają w poważne tarapaty. Bywa więc zabawnie, ale bywa też i naprawdę niebezpiecznie. To nie jest kino stricte familijne, umowne, trzymające swoich bohaterów pod parasolem scenariuszowego bezpieczeństwa. Dziecięca radość z odkrywania swoich możliwości zderza się tutaj z obsesyjną żądzą władzy. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, rzucę więc tylko tyle, że Billy staje naprzeciw kogoś bardzo złego, kto zna wszelkie słabości nastolatka…

A jeśli ktoś jest bardzo zły, to robi bardzo złe rzeczy. Reżyser David F. Sandberg ma rodowód horrorowy, dlatego między kadrami potrafi przemyć kilka makabresek, które mogą lekko przerazić, ale głównie sprawiają ogromną frajdę oglądającemu. Coś o tym wiem. W prawdziwym życiu jest troszkę inaczej, niż w filmie – nie wiem jak Wy, ale ja na sali kinowej zamieniam się nie w herosa, ale w zafascynowanego wielkim ekranem dzieciaka, którego niezwykle bawią wszelkie potworności. Oglądając „Shazam!” czułem się, jakbym był na pokazie szalonego miksu łagodnej wersji „Deadpoola” i „Dużego” z dodatkiem „Łowców potworów” i „Gremlinów”. Zabawa na całego i to dla całej rodziny – bo najnowsze widowisko DC przekonuje nas, że herosi herosami, ale koniec końców to rodzina jest najważniejsza.

Jeśli spodziewacie się gościnnych występów Batmana i reszty ekipy, to raczej srogo się zawiedziecie, aczkolwiek twórcy solidnie zaznaczyli obecność „Shazama!” w szerszym uniwersum. No i nie wychodźcie z seansu w trakcie napisów końcowych – przegapicie nie tylko dwie dodatkowe sceny, ale także ponownie świetne wykorzystanie szlagieru The Ramones w komiksowym filmie (w „Spider-Man: Homecoming” był to kultowy „Blitzkrieg Bop”, a w „Shazamie!” słyszymy cover Toma Waitsa „I Don’t Want To Grow Up”). 

„Shazam!” to kolejne udane solowe widowisko komiksowe od studia DC. W odróżnieniu od swojej „marvelowej” konkurencji „detektywi” z każdym kolejnym filmem stawiają na nowe rozwiązania – tym razem chcą przypomnieć nam czasy, gdy za dzieciaka marzyło się o lataniu i walce z łotrami. Sen o potędze? Czemu nie? Fajnie jest poczuć się superbohaterem. Nie trzeba nawet wypowiadać żadnych magicznych słów – po prostu idźcie do kina i sprawdźcie sami.

Ocena: 8/10
Wybiera latanie ponad niewidzialność
Piotr Olczyk

Shazam!

Shazam!

Fantasy Akcja Od lat: 10 132 min

Więcej o filmie ZAREZERWUJ/KUP BILET
Komentarze

Dodaj swój komentarz do [RECENZJA] „Shazam!”

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

michał

michał

06.04.2019, 14:10:00

No i nareszcie jakas normalna recenzja dc się stara i stara by było lepiej trzeba to docenić kiedyś to w sumie oni byli faworytami