Recenzje

[RECENZJA] „Pinokio”

Kłamstwo ma długi nos

Pierwsze kadry i od razu zaskoczenie – ależ to wszystko jest… prawdziwe! „Pinokio” już na samym początku seansu zachwyca pietyzmem, z jakim zabrano się za scenografię i kostiumy. Włoskie krajobrazy, miasteczka i przydrożne oberże momentalnie przenoszą nas do dalekiej bajkowej krainy wyjętej żywcem z kart powieści Carlo Collodiego. I nie ma w tym zdaniu krzty przesady, gdyż całość została faktycznie zainspirowana rysunkami z pierwszego wydania książki. Wszyscy klepią tu słodką biedę, ale z dumą noszą podarte ciuchy pamiętające czasy świetności kilka pokoleń wstecz. Stoły i krzesła niebezpiecznie trzeszczą, powozy straszą odrapaną farbą, a ubrania wyglądają tak, jakby miały się zaraz rozlecieć. Ten naturalizm nie powinien jednak nikogo przestraszyć. Dzieło Collodiego przepełniał rozklekotany, sączący się czarnym humorem świat i jeśli znacie „Pinokia” tylko z disnejowskiej adaptacji, to nie znacie go w ogóle.

No dobra, trochę przesadziłem, bo i trochę go znacie. Punkt wyjścia jest przecież taki sam. Ubogi Dżepetto zdobywa magiczny pieniek i struga sobie z niego synka. Drewniany dzieciak ożywa i momentalnie zaczyna sprawiać kłopoty. Marzy mu się bycie prawdziwym chłopcem. Przed Pinokiem jest jednak długa i dość wyboista droga. Tutaj podobieństwa się kończą. Widzów pamiętających tylko skądinąd świetną wersję od studia Walta Disneya może zaskoczyć nieco moralizatorski, okrutny ton opowieści. Pinokio nie jest miłym naiwniakiem. To niemądry urwis skory do kłamstw, bumelanctwa i dróg na skróty. Raz za razem dostaje po tyłku od losu, ale nie uczy się na błędach i wciąż wpada w kolejne tarapaty. Dżepetto i reszta opiekunów wykazują się anielską cierpliwością tolerując kolejne wybryki pajacyka. Rodzicielska miłość nie zna granic, ale gdy jest cynicznie wykorzystywana, to scyzoryk sam otwiera się w kieszeni. Aż chciałoby się czasem przyciąć ten wydłużony od kłamstw drewniany nochal…!

Wspomniałem o Dżepetcie i w tym momencie należałoby poświęcić kilka chwil wcielającemu się w niego Robertowi Benigniemu. Pamiętny zdobywca Oscara nie tylko napisał i wyreżyserował swoją wersję „Pinokia” w 2002 roku, ale także… obsadził się w tytułowej roli. Miał wtedy niespełna 50 lat. Całość wypadła groteskowo i nie przypadła do gustu ani widzom, ani krytykom. Przykre, tym bardziej że był to dla Benigniego projekt życia. Po niemal dwóch dekadach aktor dostał drugą szansę i tym razem jej nie zmarnował. Obsadzenie go w roli Dżepetta było strzałem w dziesiątkę. Jego prostoduszny cieśla obdarza niesfornego brzdąca prawdziwą rodzicielską miłością. Benigni znany jest ze swojego temperamentu i dosłownie bardzo głośnych ról. Tutaj bywa zaskakująco wyciszony, a jego kunszt wybrzmienia z podwójną mocą. Brawo, Roberto, brawo!

Nowy „Pinokio” zachwyca scenografią, kostiumami oraz szacunkiem, z jakim twórcy odnoszą się do tekstu źródłowego. To wspaniała, ponadczasowa opowieść zasilona przez świetne aktorstwo, wybitną pracę charakteryzatorów oraz nieśmiertelne przesłanie. Ten film powinien obejrzeć każdy rodzic krnąbrnego dziecka. Najlepiej ze swoją latoroślą u boku. Szczerze polecam i wcale mi od tego nos nie urośnie.

Ocena: 8,5/10
W świerszcza nigdy młotkiem nie rzuciłby
Piotr Olczyk

Pinokio

Pinokio

Fantasy Familijny Od lat: 7 125 min

Więcej o filmie KUP BILET
Komentarze

Dodaj swój komentarz do [RECENZJA] „Pinokio”

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.