Recenzje

[RECENZJA] „Nikt”

Krwawy kryzys wieku średniego

Może i jest nikim, ale nie warto z nim zadzierać. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka ten facet wcale nie wygląda groźnie. Ma nudną pracę, do której chodzi jak na ścięcie. Notorycznie spóźnia się ze śmieciami, czego za każdym razem nie omieszka mu wytknąć żona. W ogóle tak żona, jak i syn mają go za wielką życiową niedorajdę. Tylko przytulasy od córki ratują naszego bohatera od popadnięcia w totalną deprechę. A przynajmniej tak wszystko wygląda na pierwszy rzut oka. Bo drugi rzut oka jest już bardzo bolesny. Nasz cichy, spokojny, typowy gość z sąsiedztwa okazuje się być naprawdę niezłym zakapiorem. Taki John Wick, tyle że w trakcie kryzysu wieku średniego. Nic więcej nie zdradzę, bo fajnie jest odkrywać tajemnice tego filmu samemu. Powiem tylko tyle, że możecie spodziewać się naprawdę solidnej rozwałki oraz niemałej porcji sarkastycznego humoru. No bo kto by pomyślał, że dane nam będzie oglądać na wielkim ekranie, jak kochany dr. Emmet Brown rozwala nikczemników z dubeltówki?

„Nikt” ma więcej wspólnego z serią „John Wick”, niż można było się spodziewać. Scenariusz napisał Derek Kolstad, który stworzył całe uniwersum „Johna Wicka”, zaś film wyprodukował David Leitch, reżyser pierwszej odsłony przygód Baba Yagi. Panowie wyraźnie tęsknili za konceptem twardziela, który swoje twardzielstwo ukrywa i szczerze mówiąc nie mam im tego za złe. Tak, „Nikt” miejscami zdaje się być wręcz remakiem „Johna Wicka”, ale na szczęście różnic jest tak dużo, że na wszelkie podobieństwa można przymknąć oko. Nikt, w odróżnieniu od Baby Yagi, nie bawi się w tzw. gun-fu. Strzelaniny nie są tu baletem śmierci, tylko ponurą koniecznością. Nikt nie skupia się też na sadzeniu headshota za headshotem, tylko możliwie jak najszybciej i najsprawniej pozbywa się złoczyńców. A ma kogo się pozbywać. Rosyjska, a jakże, mafia także się nie patyczkuje. Na szczęście Nikt może liczyć na kilku zaskakujących sojuszników.

„Nikt” zasilony jest przez naprawdę świetną ekipę aktorską. W roli tytułowej występuje Bob Odenkirk, który swoją postać prowadzi nie do końca na serio. Jego bohater wydaje się być świadomy swojej filmowej roli. W odróżnieniu od wielu innych herosów nie unika walki, wręcz przeciwnie. Nikt liczy na to, że będzie rozróba, czasem wręcz o to błaga! Zupełnie jakby siedział na sali kinowej obok widzów i tylko czekał, aż twórcy zafundują kolejną scenę akcji. A takich scen nie brakuje i, co najważniejsze, są bardzo kreatywne.

Z każdym swoim pojawieniem się na ekranie show kradnie Christopher Lloyd. Filmowy dr. Emmet Brown z „Powrotu do przyszłości” gra tutaj jednego z najbardziej zabójczych dziadków w historii kina. Seans obowiązkowy chociażby z powodu tej wyjątkowej roli.

„Nikt” to spora dawka adrenaliny i ekscentrycznego humoru oraz obietnica kolejnego uniwersum skupionego wokół ukrytych zabójców. Czy kiedyś dojdzie do spotkania Nikogo oraz Johna Wicka? Wcale bym się nie zdziwił. A na razie lećcie do Multikina. „Nikt” to nie byle kto.

Z niecierpliwością czeka na sequel
Piotr Olczyk

NIKT

NIKT

Thriller Od lat: 15 92 min

Więcej o filmie