Recenzje

[RECENZJA] „Nie czas umierać”

James Bond powrócił

„Zwaliło go to z nóg”, mówi w pewnym momencie Bond i chyba to mnie miał na myśli. „Nie czas umierać” to świetne, emocjonujące kino sensacyjnie oraz wyborne pożegnanie z Danielem Craigiem. Brytyjczyk już po premierze „Spectre” wspominał, że prędzej da się pociąć, niż zgodzi się na kolejny występ w roli 007. Dobrze że Craig jest cały i zdrowy, dobrze też, że pokaźna wypłata skłoniła go do wbicia się w garnitur ten ostatni raz. Swoją drogą z Seanem Connerym było podobnie, też w szpiegowskie gierki miał już się więcej nie bawić, a jednak po latach wystąpił w „Nigdy nie mów nigdy”. O, ironio.

25 filmów, sześciu aktorów, niemal sześćdziesiąt lat na ekranie. James Bond to zajęty facet. A jednak, mimo tych wszystkich miłosnych podbojów i stawki większej niż życie, to prawdziwych emocji było w tej serii jak na lekarstwo. I mówię to jako wieloletni fan 007. Każdy tytuł oglądałem po kilka razy i mam w pamięci wiele, wiele efektownych scen, ale żeby się wzruszyć czy zadumać nad „Bondem”? Rzadka sprawa. Ciekawe, że moje ulubione filmy z serii to te, podczas oglądania których można uronić łzę. Taki ze mnie sentymentalny gość, a co. Uwielbiam „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”, „Casino Royale” i „Skyfall”. Do tej grupy triumfalnie dołącza „Nie czas umierać”. Twórcy zafundowali widowni emocjonalny rollercoaster, a film chwyta za gardło od pierwszej minuty. Czy kiedykolwiek wyobrażaliście sobie, że nowy „Bond” rozpocznie się nie sceną akcji, a sekwencją rodem z horroru? Ja też nie.

Dalej jest jeszcze bardziej interesująco. Co jakiś czas pojawiają się nawiązania do poprzednich odcinków, ale robione jest to ze smakiem i przede wszystkim z pomysłem. To nie festiwal schlebiania fanom, historia jest przemyślana, a fabułę śledzimy z ekscytacją. Serio, fabuła w kolejnym filmie o nieśmiertelnym agencie jest wciągająca i naprawdę trudno przewidzieć, co stanie się w kolejnej scenie. Kto by pomyślał? Twórcy co i rusz igrają z oczekiwaniami widzów, a miłośnicy serii kilka razy mocno się zaskoczą. Lubię takie kinowe niespodzianki, bo nie ma nic gorszego, niż podążanie wytartym szlakiem. Raz jeden tylko się zawiodłem, gdy los pewnej postaci rzucił nią w przeciwnym kierunku od tego przeze mnie oczekiwanego. Ale hej, film to nie maszynka do spełniania życzeń, tylko wizja reżysera. A reżyser trafił się Bondowi wybitny.

Cary Joji Fukunaga tchnął nowe życie w tę wieloletnią serię. Podobnie jak niegdyś Martin Campbell czy Sam Mendes, tak Fukunaga pamiętał o tym, że odcinanie kuponów nie zaowocuje dobrą produkcją. Nie szedł śladami poprzedników, tylko wytyczył własny szlak. Zamiast na bombastyczne sceny akcji postawił na klaustrofobiczne strzelaniny. Wymiany ognia się nie dłużą, śmierć jest nagła i brutalnie odarta z efektowności. W miejsce plastikowych efektów komputerowych wrzucono efekty praktyczne. Blacha samochodów gnie się naprawdę, a zarysowany Aston Martin to najsmutniejszy widok na świecie. I wreszcie pozwolił Fukunaga na to, by w „Bondzie” ktoś znów siarczyście zaklął. W brytyjskim wywiadzie nie pracują grzeczni chłopcy.

Żarty na bok. Bez dwóch zdań najbardziej cieszy mnie to, że Fukunaga i zespół scenarzystów wreszcie pozwolili Bondowi być człowiekiem. James nie jest tylko maszyną do zabijania. Fakt, świetnie radzi sobie z odbieraniem komuś życia, a ten jeden raz, gdy chciał wieść żywot człowieka poczciwego skończył się dla niego tragicznie. Ale w „Nie czas umierać” oglądamy tę wrażliwszą część duszy Bonda i lepiej poznajemy faceta skrywającego się za trzycyfrowym numerem. Craig doskonale wykorzystał ostatnią szansę i zaprezentował nam najlepszą kreację 007 w swojej karierze. Jego Bond nie walczy już tylko w imię Jej Królewskiej Mości, tylko w obronie osób, na których mu zależy. Ten mocno poszatkowany przez los brytyjski brutal ma w sobie ogromne pokłady wrażliwości i cieszy mnie, że w 25. filmie z serii twórcy chcą wciąż rozwijać swoją postać, zamiast wysłać go na autopilocie w stronę kolejnego złoczyńcy.

No właśnie, złoczyńca. Nie wspomniałem o nim ani słowa, tymczasem Safin Ramiego Maleka to jeden z najbardziej tajemniczych i przerażających przeciwników Bonda. Ma rzecz jasna swojego pomagiera, Cyklopa, który niejeden raz napsuje krwi naszemu agentowi. Nie wspomniałem też o Léi Seydoux, która powraca jako Madellaine Swan, ani o całej ekipie z MI6, z Q, panną Moneypenny oraz M. na czele. Jest też nowa agentka (!) o kryptonimie 007, pojawia się też stary znajomy Felix Leiter. Nie będę się o tym wszystkim rozpisywał, bo recenzja nie jest ani streszczeniem filmu, ani jego didaskaliami. Nie czas zwlekać, bo czekaliśmy stanowczo za długo. Idźcie do kina, niech w kultowej czołówce 007 strzeli prosto w ekran, a w tle niech wybrzmi kultowy motyw muzyczny. Craig pożegnał się z rolą, ale Bond jest wieczny. Tak, jak przystało na kogoś, kto ma cały czas na świecie.

W jawnej służbie jej multikinowości, 
Piotr Olczyk