Recenzje

[RECENZJA] „Mulan”

Wroga bić już czas

Jest wiele wersji legendy o Mulan, słyszymy na początku filmu. I faktycznie, pierwszy film o dzielnej wojowniczce powstał już w 1927 roku. Ale to animowana bajka Disneya rozsławiła tę opowieść na cały świat. Ponad dwadzieścia lat później studio wróciło do klasycznej historii. Efekty możemy oglądać na wielkim ekranie. Aktorska odsłona „Mulan” robi ogromne wrażenie.

Punkt wyjścia jest ten sam. Najeźdźcy zagrażają Chinom, dlatego z rozkazu Cesarza każda rodzina ma wysłać na front jednego mężczyznę. Dzielna Mulan przywdziewa zbroję ojca i rusza na wojnę, ale tutaj podobieństwa się kończą. Owszem, wielbiciele animowanej wersji odnajdą wiele podobnych scen oraz całe multum nawiązań do bajki, ale tym razem twórcy radykalnie zmienili ton opowieści. Nie ma dowcipnych smoków i słodkich świerszczy. Elementy fantastyczne ograniczono do minimum. Pozbyto się wątku miłosnego, zmieniono motywację złoczyńcy oraz imiona niektórych bohaterów. Przede wszystkim zaś nikt tutaj nie śpiewa o tym, że zrobi z kogoś mężczyzn. W ogóle nikt tutaj nie śpiewa, bo nowa „Mulan” nie jest już musicalem, tylko pełnoprawnym wojennym widowiskiem.

Kojarzycie kino wuxia? Nawet jeśli nie znaliście terminu, to z pewnością może przypomnieć sobie sceny rodem z „Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka”, w którym bohaterowie biegają po ścianach i bambusowych tyczkach mając grawitację w nosie. Wojna zamienia się w balet i taką drogą podąża „Mulan”. Sporo tu przemocy, ale jest to przemoc bardzo wystylizowana, umowna. Choreografia robi ogromne wrażenie, a nieco teatralne i przesadne gesty dodają całości orientalnego posmaku składając hołd chińskim filmom pełnym sztuk walk. Twórcy nisko kłaniają się azjatyckiemu kinu, a z ekranu spogląda na nas sporo znajomych twarzy.

Donnie Yen błyszczy jako dowódca Tung sprawnie machając mieczem bez pomocy kaskaderów. Jet Li jest niemal nie do poznania w wyjątkowo stoickiej roli Cesarza. Jason Scott Lee, ten sam, który ponad dwadzieścia lat temu zagrał Mowgliego u Disneya w aktorskiej „Księdze dżungli”, teraz bawi się posadą naczelnego złoczyńcy. Jest i Gong Li jako udręczona, potężna wiedźma, i Tzi Ma w roli ojca Mulan, aktor charakterystyczny, dodający całości pierwiastka powagi.

Rzecz jasna najbardziej błyszczy główna bohaterka. „Mulan” to opowieść ponadczasowa, a jednak dziś historia dziewczyny, która przeciwstawia się męskiemu światu wybrzmienia nad wyraz aktualnie. Filmowa Mulan cały czas zmaga się z obelgami i stereotypowym zachowaniem. Jest nazywana wiedźmą tylko dlatego, że ma naturalny talent do ujarzmiania swojej wewnętrznej mocy. Narzuca się jej małżeństwo wbrew woli, bowiem bliski widzą w niej tylko obiekt, który ma służyć mężowi i przynieść rodzinie chwałę. O czasy, o obyczaje! Aktorska wersja „Mulan” była planowana od 2010 roku. Dobrze że ta wizja nareszcie mogła zostać zrealizowana.

Wystawna scenografia, przepiękne kostiumy, oszałamiające tempo i jedyny w swoim rodzaju klimat azjatyckiego kina wuxia – nowa „Mulan” to powiew świeżości na tle innych aktorskich remaków Disneya. Pozostaje tylko wziąć się do roboty i wybrać się do Multikina.

Ocena: 8/10
Z przyczajki smoka wypatrywał
Piotr Olczyk

 

Mulan

Mulan

Familijny Przygodowy Od lat: 7 116 min

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do [RECENZJA] „Mulan”

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.