Recenzje

[RECENZJA] „Mortal Kombat”

Fatality

Flawless victory? Może i nie do końca, ale tutaj chodziło głównie o porządne fatality. Przed wami naparzanka roku.

Pamiętam, jakby to było wczoraj. Spacerowałem z mamą po Sarbinowie i moją uwagę przykuł, rzecz jasna, salon gier. Kłębiła się wokół niego cała masa dzieciaków. Działało to na wyobraźnię! Podczas tych wakacji wiele razy grałem tu w „Terminatora” i „Cadillacs and Dinosaurs”, ale nigdy nie widziałem takich tłumów przy jednym automacie. Z trudnością przecisnąłem się do środka i spojrzałem na ekran. Tak, to była jakaś nowa gra. Po chwili zdębiałem. Jakiś koleś drugiemu kolesiowi urwał łeb. Widownia zawyła z zachwytu, a i mnie zaświeciły się oczka. Mama nie była zadowolona. Jej syn odkrył właśnie „Mortal Kombat”. I choć finalnie nigdy nie zostałem wielkim fanem tej serii, to dzieciństwo jednoznacznie kojarzy mi się z wieloma, wieloma wizytami w salonach gier. Miło wspominam także kinową odsłonę „Mortal Kombat”, której polska premiera odbyła się w 1996 roku, a ja, jedenastoletni filmowy maniak, uwielbiałem każdą minutę seansu. Jakimś cudem minęło ćwierć wieku i na ekrany trafia właśnie najnowsza ekranizacja kultowej gry. Różnicę w podejściu do materiału źródłowego widać, że się tak wyrażę, na pierwszy rzut oka. I nie chodzi tylko o to, że w starym „Mortalu” nie było krwi, a w nowym krew jest. Sporo krwi. Naprawdę dużo. Całe wiadra.

Tym razem turniej schodzi na dalszy plan. Złowrogi Shang-Tsung nie chce czekać i pragnie pozbyć się konkurencji jak najszybciej. W centrum fabuły są więc przygotowania ziemskich wojowników do odparcia ataku nikczemnych sił z innego wymiaru. Dość szybko poznajemy bohaterów, z których większość jest fanom dobrze znana, choć brakuje nieco Johnny’ego Cage’a. Ale za to sporo tu magii, czarów i… skrótów myślowych, które przybliżają nas do kolejnego pojedynku. A potem kolejnego, jeszcze jednego, i tak aż do końca seansu. Jeśli szukacie głębokiej fabuły, to wybierzcie inny film. Tutaj liczą się twardzi jak stal mistrzowie sztuk walk, którzy muszą pokonać swoje słabości, odkryć wewnętrzną moc i sprać na kwaśne jabłko wrażych czempionów. Na drugim planie rozgrywa się zdecydowanie najciekawszy wątek kilkuwiekowej rywalizacji między ulubieńcami graczy, czyli Skorpionem i Sub-Zero. Ja zawsze wolałem tego drugiego, wyjątkowo chłodnego ninję, który potrafił przeciwnika zamrozić i pozbawić głowy wraz z kręgosłupem. W najnowszym „Mortal Kombat” Sub-Zero jest zły do szpiku kości. Zabił rodzinę Skorpiona, a jego samego wysłał w zaświaty. Jak wspomniałem – zimny drań.

„Mortal Kombat” to rzecz od fanów dla fanów. To nawalanka na całego, w której liczą się mocne ciosy i krwawe wykończenia. Bierzcie parasol pod pachę i, że zacytuję Skorpiona, „Get over here”! Do zobaczenia w Multikinie!

Fatality umiał wykonać tylko Cage’em,
Piotr Olczyk 

Mortal Kombat

Mortal Kombat

Fantasy Akcja Przygodowy Od lat: 15 110 min

Więcej o filmie KUP BILET