Recenzje

[RECENZJA] „Minari”

Koreański sen

Koreański sen nareszcie zawitał na naszych ekranach. Podobnie jak wiele innych zeszłorocznych świetnych produkcji, tak i „Minari” trafia do kin z ogromnym opóźnieniem. Jak już wielokrotnie wspominałem – lepiej późno niż wcale. To kolejna oscarowa perełka, która kojąco działa na widza tuląc go i zapewniając, że wszystko naprawdę będzie dobrze.

Tak naprawdę to jedyny „problem” z “Minari” jest taki, że wszyscy spodziewali się po tym filmie czegoś więcej - i wcale nie chodzi tu o więcej czegoś lepszego. “Minari” jest cudnym, ciepłym dziełem, tyle że my nie żyjemy w cudnych i ciepłych czasach. Wciąż antycypujemy najgorszego przyzwyczajeni do upadków, porażek i smutku kruszącego wszelką radość. Przeżarci przez kinowy cynizm czekamy, aż filmowej rodzince Yi przytrafi się coś złego i denerwuje nas, że rodzinne więzy są silniejsze niż wszelkie ziemskie żywioły. Podejrzewamy tego bohatera o jedno, tamtego o drugie, projektujemy sobie zakończenie i przewidujemy, że ten i inny wątek fabularny z pewnością potoczy się tak, jak to sobie wyobraziliśmy. Tymczasem to “coś więcej” nigdy nie nadchodzi.

Być może stąd pojawiły się komentarze mówiące o tym, że “Minari” to tylko kino familijne, pusta wydmuszka, ładne widoczki i nic więcej. Zabawne, że prawie to samo mówi się o “Nomadland” (sprawdźcie naszą recenzję!). Współcześni widzowie i domorośli internetowi krytycy chyba naprawdę sądzą, że pozjadali wszystkie rozumy i jeśli film nie idzie ich bezpiecznym, znajomym i wydeptanym szlakiem, to nie jest wart uznania. Nie słuchajcie tych dyrdymałów, tylko przekonajcie się sami, jakie „Minari” jest naprawdę.

Nie sposób nie kibicować staraniom Jacoba, głowy rodziny, w którego wciela się Steven Yeun. Facet po prostu stara się robić swoje mimo ciągłych przeciwności losu. Tutaj coś nie działa, tam coś nie idzie po myśli, a na domiar złego do kampera wprowadza się irytująca teściowa (czyli zdobywczyni tegorocznego Oscara za rolę drugoplanową Yuh-Jung Youn). Finalnie Steven zostaje za swój trud nagrodzony, choć być może nie tak, jak tego oczekiwał. “Minari” radzi sobie z popandemiczną deprechą równie dobrze jak Pfizer, choć film Lee Isaaca Chunga szczepi nie tyle ciało, ile umysł. To bardzo solidne, szczere, bezpretensjonalne kino rodzinne, które nie boi się pozytywnego przesłania. Balsam dla duszy każdego kinomana.

W FarmVille doświadczenie zbierał
Piotr Olczyk

Minari

Minari

Dramat Od lat: 13 115 min

Więcej o filmie