Recenzje

[RECENZJA] „Legiony”

Ułańska fantazja.

„Legiony” zaczynają się jak kino artystyczne. Rozmarzone zdjęcia Jarosława Szody ukazują nam jakąś zjawę brnącą przez dzikie wertepy. W tle słychać złowieszczy tętent, jakby sam diabeł pędził po naszego nieszczęśnika. Magia szybko ulega szorstkiemu realizmowi: mamy początek XX wieku, Polski nie ma na mapie, ta postać to nie żaden duch, tylko dezerter, a apokaliptyczne dźwięki zwiastują pogoń zaborczych przełożonych. Ktoś traci, ale ktoś zyskuje, bo w innym miejscu obserwujemy, jak rodzi się młoda niepodległość: przyszli legioniści odbierają transport broni i przy okazji nie szczędzą sobie tak docinek, jak i czułości. Wstęp opatrzony jest chwytającym za serce motywem muzycznym, w którym słychać echa największych hollywoodzkich melodramatów. Wiadomo już, co twórcy sobie wymarzyli. Powtarzając za muzycznym motywem ze zwiastuna „Legionów” – to ma być legendarne.

I faktycznie, wiele rzeczy robi tutaj wrażenie. Eksplozje, kostiumy, scenografia, jazdy kamery, batalistyczny rozmach: złotówki wręcz wysypują się z ekranu, czego nie zawsze można powiedzieć o wysokobudżetowym kinie znad Wisły. Miłośnicy tzw. „efektów” mogą zacierać ręce z zachwytu. Dzieje się dużo, a przy tym wszystko dokładnie widać i jeszcze lepiej słychać. Jeśli wysadzamy most, to na całego, bez cięć. Potężne wybuchy rozrywają wraże wojska na strzępy i owszem, jest to upiorne, ale także bardzo satysfakcjonujące. Jeśli polscy ułani pod Rokitną pędzą na okopy wroga, to widzowie czują to całym ciałem. Jeśli szabla wchodzi w bliski kontakt z twarzą jakiegoś pechowca, to z tej twarzy mało co zostaje. I tym podobne, i tak dalej. Tutaj nie chodzi się na skróty. Pieniędzy nie szczędzono także na szerokie plany. Bardzo dobre zdjęcia w połączeniu z bombastyczną muzyką tworzą obraz polskiej superprodukcji, która faktycznie zasłużyła na ten przedrostek.

Wojenna zawierucha zepchnęła na dalszy plan niuanse ze scenariusza. Niespodzianek tu nie uświadczymy, zaś całość podporządkowana jest miłosnemu trójkątowi, w którego nie wierzą chyba nawet sami twórcy zdradzający tajemnice swojego filmu w zwiastunie. Dzieło wykorzystuje historię Polski jedynie jako tło dla uczuciowych zmagań. Nie pomaga także bałaganiarski montaż. Na szczęście „Legiony” stoją bardzo ciekawymi postaciami, dzięki którym poszczególne sceny nabierają tak potrzebnego kolorytu. Obok fascynujących bohaterów, takich jak grany przez Mirosława Bakę Stanisław „Król” Kaszubski, dostaliśmy także świetne epizody – bryluje stoicki kucharz polowy w kreacji Piotra Cyrwusa albo poprowadzony z werwą przez Antoniego Pawlickiego porucznik Jerzy "Topór" Kisielnicki. Trójka głównych bohaterów – Sebastian Fabijański, Wiktoria Wolańska i Bartosz Gelner – wciela się w role co prawda nieznośnie archetypiczne, ale młodzi aktorzy robią to z wdziękiem i talentem.  

„Legiony” to historyczna superprodukcja zrealizowana z należytym rozmachem. Nawet jeśli scenariusz nie przyprawia o mocniejsze bicie serca, to z nawiązką wynagradzają to świetne epizody, dobre aktorstwo i monumentalna ścieżka dźwiękowa. Lance do boju, szable w dłoń, bolszewika goń, goń, goń!

Ocena:
7,5/10


Do wojaczki niespieszny
Piotr Olczyk

Legiony

Legiony

Historyczny Od lat: 13 139 min

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do [RECENZJA] „Legiony”

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.