Recenzje

[RECENZJA] „Kapitan Marvel”

Narodziny gwiazdy

Superman jest kobietą. „Kapitan Marvel” to nie tylko najlepszy marvelowski origin od czasów „Strażników Galaktyki”, ale także pełnoprawne, mięsiste kino akcji z najpotężniejsza superbohaterką w historii. Girl power!

„Kapitan Marvel” jest pierwszym filmem Kinowego Uniwersum Marvela współwyreżyserowanym przez kobietę i z główną kobiecą postacią w tytułowej roli. Niesamowite, że komiksowemu gigantowi zajęło tyle czasu wyniesienie płci pięknej na piedestał. Jeszcze kilka lat temu Rebecca Hall nie mogła stać się „główną złą” produkcji „Iron Man 3”, bo studio nie wierzyło w sprzedaż zabawek z jej podobizną. Gdy DC zrealizowało „Wonder Woman”, to Marvel nabrał wody w usta w kwestii solowych przygód Czarnej Wdowy. Ale już rok temu Osa dzieliła film i tytuł z Ant-Manem, zaś teraz Marvel finalnie dogonił konkurencję – i to w naprawdę, pardon, pięknym stylu.

Początek filmu przypomina standardowego akcyjniaka z lat 90., tyle że umiejscowionego w kosmosie. Vers (Brie Larson) prowadzi typowe życie gwiezdnego komandosa. Rano trening z mentorem – obowiązkowo z przerwami na dialog między oddawaniem ciosów, a po południu tajna misja specjalna – obowiązkowo z grupą uderzeniową bezszelestnie infiltrującą wrogie terytorium. Pozornie prosta akcja ratunkowa zamienia się w walkę o życie, gdy zmiennokształtne i paskudne Skrulle pod wodzą Talosa (Ben Mendelsohn) wciągają naszą ekipę w pułapkę. Po kilku, dosłownie, wzlotach i upadkach Vers ląduje na dziwnie znajomej planecie C-53 („Ziemia” – mówi Wam to coś?) w samym środku ery, którą tubylcy nazywają „latami dziewięćdziesiątymi”. Kino akcji powoli ustępuje formule kina kumpelskiego, gdy Vers znajduje sprzymierzeńca w osobie Nicholasa Josepha Fury’ego (Samuel L. Jackson), młodego agenta T.A.R.C.Z.Y. o bujnej czuprynie i dwojgu oczu. Niedobrana para postanawia zapobiec inwazji kosmitów i przy okazji rozwiązać zagadkę niejasnej przeszłości głównej bohaterki.  

To by było na tyle – dalszego opisu fabuły nie będzie, bo cała historia jest najeżona zwrotami akcji i tajemnicami, których odkrycie pozostawię widzom. Nie będę za to ukrywał, że „Kapitan Marvel” bardzo przypadła mi do gustu i uważam, że jest to jeden z najlepszych „solowych marveli” od lat. Sukcesu należy szukać przede wszystkim w obsadzie i widowiskowych scenach.

Brie Larson z werwą wciela się w tytułową panią Kapitan czyniąc z niej wesołą dziewczynę świadomą swojego poczucia humoru. Cieszy się ze swoich mocy, potrafi zaskoczyć wroga głupkowatym zachowaniem, ale jednocześnie zmaga się z kompleksem niższości i uporczywymi dziurami w pamięci. Dodatkowo świetnie wygląda w lekko (ale tylko lekko!) kiczowatym stroju, nierzadko z efektownym irokezem na głowie. Prawdziwym diamentem jest rola Samuela L. Jacksona – nie tylko dlatego, że jego Nick Fury został komputerowo odmłodzony. Owszem, efekt jest imponujący, fenomenalny wręcz, ale Jackson bryluje przede wszystkim świetnym wyczuciem sceny. Nawet najlepsze CGI nie zamaskuje słabej gry aktorskiej. Tymczasem facet ma siedemdziesiąt lat, a z werwą wciela się w osobę o wiele młodszą. Niezwykle ciekawa i złożona jest kreacja Bena Mendelsohna jako dość nieoczywistego złoczyńcy. Podobnie miałem z generałem Zodem w „Człowieku ze stali” – Talos mnie przeraża, ale potrafię zrozumieć jego motywy.

Reżyserzy  Anna Bode i Ryan Fleck, dotąd brylujący w kinie niezależnym, nigdy nie ukrywali swojej miłości do kina sensacyjnego lat 90. Duet zasilił więc najnowsze widowisko Marvela w kilka wysokooktanowych scen akcji, w których wybrzmiewają echa zarówno „Speed” i „Bad Boys”, jak i „Dnia niepodległości”. Pościg samochodowy za pociągiem, na dachu którego heros walczy ze złoczyńcą? Proszę bardzo. Zabawa w kotka i myszkę na terenie tajnego archiwum rządowego? Nie ma sprawy. Kosmiczna rozpierducha na ziemskiej orbicie? Zapraszam. „Kapitan Marvel” dobrze wie, jak dawać czadu. Nawet dosłownie – na ścieżce dźwiękowej znajdziemy między innymi Garbage, Nirvanę, No Doubt i Hole. Wspomnienia wracają! Podczas pokazu zdarzyło mi się podśpiewywać pod nosem – bardzo przepraszam poszkodowanych.

„Kapitan Marvel” to kapitalna rozrywka. Zanim superbohaterka wspomoże Avengersów w walce z Thanosem („Avengers: koniec gry” już za miesiąc w kinach!), to sprawdźmy, jak narodziła się prawdziwa legenda Kinowego Uniwersum Marvela i jednocześnie posiadaczka najsłodszego kota w historii kina. Do boju, pani Kapitan!

Ocena: 9/10

Już nigdy nie spojrzy na swojego kota tak samo
Piotr Olczyk

Kapitan Marvel

Kapitan Marvel

Akcja Science-Fiction Od lat: 12 124 min

Więcej o filmie ZAREZERWUJ/KUP BILET
Komentarze

Dodaj swój komentarz do [RECENZJA] „Kapitan Marvel”

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Jacek

Jacek

14.03.2019, 14:41:14

W jednym z autorem się nie zgodzę. Kto jest właściwie właścicielem "rudego zdrajcy" bo mnie się wydaje, że właśnie ten co wypowiedział te słowa :).