Recenzje

[RECENZJA] „Jeźdźcy sprawiedliwości”

Mads i ekipa

„Jeźdźcy sprawiedliwości” to duńskie kino w stu procentach. Nikt tu nie przejmuje się poprawnością polityczną, ani nie schlebia gustom publiczności. „Na rauszu” było hitem, choć opowiadało o mrocznej stronie społeczeństwa zakochanego w alkoholu. „Jeźdźcy sprawiedliwości” byli jeszcze większym hitem nawet mimo tego, że Duńczycy są w nim przedstawieni jako ludzie porywczy i niezbyt mądrzy. Choć pełni dobrych chęci, przynajmniej w ich mniemaniu. W tym szaleństwie jest jednak metoda. Bo kto najlepiej z szalonymi czasami się zmierzy, jeśli nie banda pozytywnych oszołomów? Świetnie, że ten film nareszcie trafia do polskich kin.

Zaczyna się dość poważnie. Pewna kobieta ginie w katastrofie kolejowej. Jej córka, Mathilde, cudem przeżywa wypadek. Markus, małomówny i surowy ojciec, przyjeżdża z zagranicznej misji z powrotem do kraju. Nie umie dogadać się z córką i źle czuje się w roli jedynego rodzica. Nie potrafi pomóc pogrążonej w żałobie nastolatce, bo sam nie umie wydostać się ze swojej gruboskórnej powłoki. Tymczasem Mathilde powoli traci rozum starając się dociec dlaczego tamten feralny dzień potoczył się tak, a nie inaczej. Ciężko doświadczona przez los rodzina odżywa, gdy pojawiają się pogłoski na temat prawdziwego powodu katastrofy. Czy był to zamach? A może sposób na gangsterskie porachunki? Markus wraz z nieco ekscentryczną ekipą specjalistów postanawia wymierzyć srogą zemstę.

Sercem filmu jest właśnie ta wspomniana przeze mnie ekipa. Ich perypetie, wzajemne docinki oraz wyjątkowo giętki kręgosłup moralny sprawiają, że nie mogłem oderwać oczu od ekranu. Najbardziej zapadł mi w pamięć otyły haker o uroczej ksywie Ementaler. Facet zachowuje się jak dziecko, jest porywczy, za pizzę zrobi wszystko i pierwszy staje w kolejce do odstrzelenia gangsterów. Ma wielkie ambicje, serce i apetyt. Ale gdy przychodzi co do czego, to Ementaler zaczyna mieć wątpliwości. W każdym innym filmie, szczególnie angielskojęzycznym, ten puszysty nerd zamieniłby się w Johna Wicka i w humorystycznej scenie wykończyłby w pojedynkę cały tabun nikczemników. Tymczasem w „Jeźdźcach sprawiedliwości” haker jest tylko hakerem. Grubaskiem, któremu z pewnością dokuczano całe życie, który fantazjuje o brutalnej zemście, ale finalnie jest po prostu nieco tchórzliwym człowiekiem z zasadami. Brzmi to trochę jak opis poważnego psychologicznego tytułu, prawda? Na szczęście twórcy filmu kilkukrotnie pozwolili sobie na kapkę kinowego eskapizmu – szczególnie w końcówce filmu. Oczywiście niczego tutaj nie zdradzę, tylko zaznaczę, że seans pędzi ku naprawdę satysfakcjonującemu finałowi. I nawet łezka potrafi się w oczach zakręcić.

Tak naprawdę to każdy z bandy nerdów zasługuje na osobny akapit, szczególnie trochę socjopatyczny i trochę genialny, naznaczony koszmarnym wspomnieniem z dzieciństwa Lennart. Wypada jednak wspomnieć też o naszym głównym bohaterze. Markus w interpretacji Madsa Mikkelsena to twardziel, który zapomniał, czym jest wrażliwość. To bohater wojenny popełniający w „cywilu” błąd na błędzie, kierujący się wątpliwym kodeksem, zaimpregnowany na całe otaczające go dobro. To Mads nie do poznania i nie chodzi tylko o wojskowy fryz oraz pokaźną brodę. Markusa trudno polubić, trudno mu kibicować, a jednak trzymamy kciuki za jego pęd do sprawiedliwości. Nawet jeśli jest to pęd na oślep, przebijający się przez ściany, gdy obok drzwi stoją otworem i depczący każdego, kto odważy się stanąć na drodze prowadzącej do prawdy.

„Jeźdźcy sprawiedliwości” aż iskrzą czarnym humorem, a twórcy wielokrotnie podpalają swoje dzieło kolejną mocną sceną, podczas której nie wiemy, czy śmiać się, czy płakać. Każde najtragiczniejsze zdarzenie zostaje tu w jakiś sposób zabawnie spuentowane, nawet jeśli to tylko subtelna reakcja czy zaskakujący kadr. Nie spodziewajcie się ani wybuchowego kina akcji ani komedii, na której będziecie pękali ze śmiechu. Tamten film to grają w stodole obok. Tutaj wszystko podlane jest skandynawskim chłodem. A w takiej zimnicy od uśmiechu pękają wargi.

Idzie do kina na wszystko z Madsem,
Piotr Olczyk