Recenzje

[RECENZJA] „Greenland”

Rodzinna zagłada

Cały świat szykuje się na spotkanie z Clarkiem. Ale nie z Clarkiem Kentem, chociaż ten gość także pochodzi z kosmosu. Nasz Clark jest bowiem kometą – piękną, efektowną i w dodatku mijającą Ziemię o kosmiczne milimetry. Moment przelotu obserwują miliony widzów, ale radosna atmosfera umyka w okamgnieniu, gdy fragment Clarka nieoczekiwanie rozwala amerykańskie miasteczko w drobny mak. Szybko wychodzi na jaw, że prawda znacząco różni się od oficjalnych komunikatów. Kometa wcale nie minie Ziemi, tylko uderzy w naszą planetę i zafunduje nam kolejne masowe wymieranie. Wybrańcy otrzymują zaproszenia do schronu, a cała reszta zostaje spisana na straty. Gerard Butler wraz z rodziną rozpoczynają wyścig z Clarkiem o to, kto pierwszy dotrze do celu.

Na początek postawmy sprawę jasno – to nie jest „typowy film z Gerardem Butlerem”. Wiecie, taki w którym Gerard samodzielnie ratuje prezydenta, miasto albo nawet cały świat, jak to miało miejsce chociażby w „Geostorm”. Owszem, „Greenland” pełen jest efektownych scen i widać, że trochę dolców to dzieło kosztowało. Ale klimatem bardziej przypomina „Dzień zagłady” niż „Armagedon”. Więcej emocji, mniej rozwałki. Zamiast kolejnych widoków pełnych destrukcji dostajemy mocne kino drogi o przetrwaniu w czasach zagłady. W momentach kryzysowych z ludzi wychodzą najgorsze bestie, które nie cofną się przed niczym, by dostać to, czego pragną. Widzieliśmy to wielokrotnie na małym i dużym ekranie, ale „Greenland” nie skupia się na epatowaniu końcem obyczajów, tylko na rodzinnych więzach. A te – nawet jeśli są poluzowane – to w chwilach próby zaciskają się jak nigdy wcześniej. Głównemu bohaterowi zależy tylko na żonie i synu. Tutaj naprawdę nie ma czasu na ratowanie świata.

Ekranowy „John” Gerarda Butlera może nie jest typowym everymanem, bo pracuje przy budowie wieżowców. Ale nie jest także byłym policjantem, komandosem ani tajnym agentem. To żaden pan idealny, tylko zwykły gość, który popełnia błędy i jest doskonale świadomy swojej przeciętności. A jednak jego starania w dostarczeniu rodziny do celu zasługują na uznanie. Facet ma jedno zadanie i stara się wykonać je jak najlepiej. To bez dwóch zdań najlepsza rola Butlera od lat i swoisty renesans aktora od dłuższego czasu zaszufladkowanego jako etatowy twardziel z jednym wyrazem twarzy. „Greenland” to oczywiście żadne podłoże do oscarowej kreacji, w tego typu produkcjach czyny wyprzedzają słowa. Ale Butler jest po prostu dobry w swojej roli. Tak dobry, że w pewnym momencie przestałem widzieć w nim aktora, tylko po prostu Johna.

Po „Greenland” spodziewałem się zajmującego, ale nieco głupkowatego kina katastroficznego. Nie mogłem bardziej się pomylić. Zamiast zwykłej filmowej fuszerki dostałem naprawdę niezłą produkcję z ambicjami na opowiedzenie czegoś więcej niż standardowej historii o ucieczce przed zabójczą kometą. Warto wybrać się do kina, jeśli macie ochotę na opowieść o masowej histerii, lęku przed tłumem i marzeniach o bezpiecznej izolacji. Ależ aktualne, prawda?

Ocena: 7,5/10

Komety bacznie wypatruje
Piotr Olczyk

Greenland

Greenland

Science-Fiction Thriller Od lat: 15 120 min

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do [RECENZJA] „Greenland”

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.