Recenzje

[RECENZJA] „Godzilla vs. Kong”

Starcie tytanów

Jesteście gotowi na walkę wieczoru? Król może być tylko jeden. Jak ja czekałem na ten film! Uwielbiam wielkie potwory - napisałem o nich nawet pracę magisterską. Fascynuje mnie koncepcja ogromnych stworzeń walczących pośród rozpadających się wieżowców i nasze poczucie bezsilności wobec niewyobrażalnej potęgi. Czym jesteśmy dla kaiju, jeśli nie irytującymi mrówkami? Małych ludzików w „Godzilla vs. Kong” jest mnóstwo. Pałętają się pod łapami bestii trajkocząc wciąż i wciąż o teorii pustej ziemi albo innych podcastach i konspiracjach. Godzilli i Konga te sprawy nie obchodzą. Nasi tytani mają ze sobą na pieńku i nie odpuszczą, dopóki jeden z nich nie ugnie się przed drugim. A że walczą na naszym terenie? Cóż, nasz problem.

MonsterVerse osiągnęło właśnie swój punkt kulminacyjny. Po zapowiedziach i podsycaniu napięcia wreszcie doszło do spotkania dwóch legend wielkiego ekranu. Obie części „Godzilli” przypomniały widzom postać kultowego Króla Potworów: przerośniętego jaszczura, który nie dopuści, by jakiś inny stwór pałętał się po jego włościach. „Kong: Wyspa czaszki” przedstawił nowe oblicze władcy tytułowej krainy: ostatniego w swoim rodzaju ogromnego małpiszona z tendencją do filozoficznego spoglądania za horyzont. Gdy Godzilla rozprawiał się najpierw z GNOL-ami, a potem z całą armią monstrów pod wodzą Króla Ghidorah, to Kong rósł sobie spokojnie w swoim azylu. Ale nie można wiecznie się ukrywać. Finalnie Król Wyspy Czaszki staje naprzeciw Króla Potworów. Po tym spotkaniu zostanie kilka siniaków.

A co się dzieje, gdy potwory akurat nie tłuką się jak najęte? Standard: szaleni naukowcy, chciwe korporacje, fantastyczne pojazdy, podziemne bazy i zaginione światy. Odlot na całego rodem z oryginalnych japońskich filmów o „Godzilli” taśmowo produkowanych przez wytwórnię Toho. W tym szaleństwie jest metoda – twórcy nie muszą głowić się nad zawiłościami fabularnymi, tylko skupiają się na destrukcji. Przyznam, że trochę tęsknię za realistycznym podejściem z pierwszej części amerykańskiego rebootu. W 2014 roku Król Potworów był ucieleśnieniem bezlitosnych sił natury. Później atomowy oddech kinowego eskapizmu zmiótł z powierzchni ziemi tę powagę, a jej miejsce zajęła czysta rozrywka. Ale co z tego, skoro dzięki temu możemy podziwiać, jak dwa ogromne potwory, bądź co bądź legendy kina, spuszczają sobie manto. Niech wygra lepszy!

Naprawdę napisał magisterkę o potworach,
Piotr Olczyk