Recenzje

[RECENZJA] „Dżentelmeni”

Klasa kryminalna

Guy Ritchie powrócił. Twórca kultowego „Przekrętu” i wariackich „Porachunków” przez ostatnią dekadę raczej unikał gangsterskich klimatów skupiając się na wielkich widowiskach za wielkie pieniądze. Im pokaźniejszy budżet, tym bardziej przezroczysty stawał się Ritchie jako reżyser. Obie części „Sherlocka Holmesa” zachowały większość jego ulubionych trików na czele z energetycznym montażem. Świetny „Kryptonim U.N.C.L.E.” i nierówny „Król Artur: Legenda miecza” były już bardziej stonowane, zaś zeszłoroczny „Aladyn”, efektowny, ale zrobiony niemal od linijki, równie dobrze mógł zostać zrealizowany przez jakiegokolwiek innego twórcę. Jeśli, podobnie jak niżej podpisany, tęskniliście za „starym Guy’em Ritchiem”, to mam dla Was świetną wiadomość – „Dżentelmeni” są kryminalnie dobrzy.

Zaprezentowano nam tutaj historię kilku osób nonszalancko wrzuconych w wir tej samej rzeki. Im bliżej finału, tym więcej postaci wpada na siebie i znika w odmętach scenariusza. Nic nie jest takie, na jakie na pierwszy rzut oka wygląda, ale to przecież typowy Guy Ritchie – twórca robiący wszystko, by widz raz za razem podnosił brew i z uznaniem kiwał głową. Wyjaśnienie zawiłej fabuły zajęłoby całą tę recenzję, dlatego pozwólcie, że tym razem zamiast na zakrętach opowieści, to skupię się na jej wybornie rozpisanych bohaterach.
Matthew McConaughey to Mickey Pearson: Amerykanin, który na brytyjskiej ziemi zbudował zielone imperium. Pragnie przejść na emeryturę, ale sprzedaż marihuanowego królestwa okazuje się być trudniejsza, niż przypuszczał. Michelle Dockery to Rosalind Pearson: w żadnym wypadku nie żona swojego męża. Prowadzi własne interesy i nie cierpi protekcjonalnego traktowania. Charlie Hunnam to Ray: prawa ręka Pearsona. Opanowany, elegancki i małomówny człowiek czynu. Colin Farrel to Trener: dosłownie trener sztuk walk opiekujący się grupą młodocianych wielbicieli rozróby oraz hip-hopu. I wreszcie Hugh Grant to Fletcher: sprzedajny pismak działający na trzy fronty. Megaloman, miłośnik dobrego kina i steków z grilla – ma haka na wszystkich oraz piastuje zaszczytne stanowisko narratora niniejszej opowieści.

Tytułowi „Dżentelmeni” to właśnie oni. Bezwzględni, ale (w większości!) honorowi ludzie ceniący sobie czystą grę według zasad. Ich wymiany zdań, choć ostre, bywają zadziwiająco uprzejme. Tu i ówdzie wymsknie im się jakiś bluzg (szczególnie Fletcherowi, temu kwiecistemu mówcy), ale mimo wszystko ta kultura języka nadaje całości ton, którego próżno szukać w innych gangsterskich opowieściach. Jednocześnie jest to historia stara jak świat – noże wbijane są w plecy, głowy dziurawione są kulami, a większość postaci wypluwa z siebie słowa szybciej, niż pociąga za spust. Widzicie, Guy Ritchie nie wymyśla kryminalnego koła na nowo. Widzowie nie wyjdą z seansu „Dżentelmenów” oświeceni, nie odkryją sensu życia, a i sam film, choć zawile opowiedziany i bardzo sprytnie chowający swoje tajemnice, nie jest objawieniem kina sensacyjnego. Ale nasz brytyjski reżyser nie miał takich ambicji. Jego zadaniem było dostarczyć świetnie zrealizowaną i wybitnie zagraną gangsterką przypowieść. I tutaj Guy Ritchie poradził sobie znakomicie.
Jeśli nie macie ochoty oglądać figli na ekranie, a od disco-polo pieką Was uszy, to „Dżentelmeni” wydają się być idealną propozycją na walentynkową randkę. Brytyjski klimat, postacie z krwi i kości, barwne odzywki, sprytne zagrywki montażowe i Hugh Grant w najlepszej roli od lat. Mówię Wam, klasa sama w sobie.

Ocena
8/10


Czasem wysławia się jak prawdziwy dżentelmen
Piotr Olczyk


Dżentelmeni

Dżentelmeni

komedia sensacyjna Od lat: 15 114 min

Więcej o filmie ZAREZERWUJ/KUP BILET
Komentarze

Dodaj swój komentarz do [RECENZJA] „Dżentelmeni”

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.