Recenzje

[RECENZJA] „Diuna”

Witajcie na Arrakis

Świat roku pańskiego 10191 nie różni się za bardzo od tego oglądanego przez nas za oknem. Owszem, w tej dość dalekiej przyszłości widoki z okna bywają różnorakie, bo rozpierzchliśmy się po całym kosmosie. Ale ludzkość dalej jest chciwa i małostkowa. Tyle że teraz zamiast najeżdżać sąsiednie kraje, to zdobywa się kolejne planety. Największym obiektem pożądania całego wszechświata jest „melanż”, zwany również „przyprawą”, czyli magiczny składnik, który nie tylko ożywa ciało i umysł, ale i umożliwia szybką podróż międzygwiezdną. Ten cudowny środek występuje tylko na planecie Arrakis, świecie piaszczystym i nieprzyjaznym. Pieczę nad nim ma przejąć książę Leto Atryda. Władca przyjmuje tę posadę z rezerwą, zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że tak zaszczytne stanowisko jest najpewniej sprytnie zastawioną pułapką. Całości przypatruje się złowrogi ród Harkonnenów, niegdysiejszych brutalnych władców Arrakis. Stojący na czele oprawców Baron Harkonnen planuje ponowne wrogie przejęcie pustynnej planety. Na domiar złego książę Paul, następca tronu, zaczyna mieć coraz dziwniejsze i bardziej wyraziste sny o niejasnej przyszłości rodu. Podsumowując: Źle się dzieje w państwie Atrydów.

Denis Villeneuve dokonał niemożliwego i zekranizował powieść powszechnie uznawaną za nieekranizowalną. Połowę powieści, uściślając, ale to i tak sukces. Druga część jest już w planach i z pewnością Villeneuve dokończy swoją wizję. A co za tym idzie, uda mu się dokonać tego, na czym polegli jego wielcy poprzednicy. Za monumentalne dzieło Franka Herberta miał się pierwotnie zabrać wielki wizjoner kina Alejandro Jodorowsky. Projekt był zbyt ambitny jak na swoje czasy, bo we wczesnych latach 70. ubiegłego wieku nikomu nie śniło się o „Gwiezdnych wojnach”, a co dopiero o kosmicznej epopei dla dojrzałego widza. W latach 80. swoich sił spróbował David Lynch. Jego czterogodzinną „Diunę” producenci skrócili do nieco ponad dwugodzinnego metrażu, co zaowocowało filmem chaotycznym i płytkim. Arrakis zniknęła z kinowego nieba na niemalże czterdzieści lat, ale warto było uzbroić się w cierpliwość. „Diuna” Villeneuve’a jest dziełem spójnym i spełnionym. A przy okazji piekielnie dobrze wygląda.

Niczym światy stworzone przez Tolkiena i Lucasa, tak uniwersum „Diuny” niemalże dosłownie wyrywa widzów z kinowych foteli i przenosi ich do całkowicie obcego, żywego, fascynującego miejsca. Pod stopami czujemy piaski Arrakis i w niemym zachwycie obserwujemy majestat czerwiów pustyni. Dawno nie było kinowego widowiska, które pochłaniałoby widza w całości. Ten film odurza niczym „przyprawa” barwiąc nam oczy niezapomnianymi panoramami. Chłoniemy bezgraniczne piękno dalekiej przyszłości i zatracamy się w tej niebezpiecznej, pociągającej krainie. „Diuna” bez dwóch zdań stanie się współczesnym klasykiem i kamieniem milowym kinowego science-fiction. No właśnie, „kinowego”. To dzieło skrojone pod wielki ekran, przeznaczone do podziwiania w mroku kinowej sali. Tylko tam można stworzyć idealne warunki pod oszałamiający rozmachem filmowy wszechświat. Choć wyobraźnię mam bogatą, to trudno jest mi wyobrazić sobie seans „Diuny” na laptopie. Nie ta liga, nie to uniwersum.

Moim jedynym zarzutem, tak drobnym, że w paszczy czerwia zniknąłby niezauważony, jest niedosyt. Chciałbym spędzić więcej czasu z bohaterami. Z księciem Leto granym z werwą przez Timothéego Chalameta, z Duncanem Idaho przebojowo poprowadzonym przez Jasona Momoę, a nawet z nikczemnym Baronem oślizgle sportretowanym przez Stellana Skarsgårda. Chciałbym lepiej poznać Chani graną przez Zendayę i Stilgara, w którego wybornie wciela się Javier Bardem. Villeneuve skąpi nam widoku niektórych postaci i obiecuje złote góry „melanżu” majaczące na horyzoncie kontynuacji. Pozostaje czekać na drugą część. Nie ma odwrotu. Piaski Arrakis wciągają bez reszty, uzależniają i kuszą przygodą rozgrywającą się w dalekiej, dalekiej przyszłości naszej galaktyki.  

Przed czerwiami pustyni bije pokłony,
Piotr Olczyk

Diuna

Diuna

Akcja Science-Fiction Od lat: 15 155 min

Więcej o filmie KUP BILET