Recenzje

[RECENZJA] „Czarna Wdowa”

Ruda lata jak szalona

Natasza, kak ja tjebja ljublju! Jak wracać na wielki ekran, to z pełną parą. Najnowszy film Marvela nareszcie trafia do kin po ponad rocznej przymusowej odsiadce. Warto było czekać, bo pożegnanie z agentką Romanow przekroczyło moje wszelkie oczekiwania. Zamiast odcinania kuponów dostałem pełnokrwistą opowieść szpiegowską w realiach MCU. Takiego klimatu nie było od czasów „Kapitana Ameryki: Zimowego Żołnierza”.

„Czarna Wdowa” cofa nas do czasów sprzed inwazji Thanosa, gdy świeżo po rozłamie Avengersów tytułowa superbohaterka ukrywa się przed władzami. Tak się składa, że los rzuca ją w objęcia przeszłości, z którą Natasza nie chce mieć nic wspólnego. Widzicie, nasza bohaterka należała kiedyś do tajnej rosyjskiej organizacji zrzeszającej w swoich szeregach wyjątkowe agentki. Wyprane umysły, zabójcze umiejętności, zero skrupułów. Nataszy udało się uciec, dzięki czemu najpierw trafiła pod skrzydła T.A.R.C.Z.Y., a potem stała się Avengerem. Jej siostrze niestety pisana była inna przyszłość. Jelena wciąż zabija na zlecenie. Coś jednak sprawia, że siostra Nataszy zwraca się przeciwko swoim przełożonym. Ci nie zamierzają się cackać i wysyłają do akcji tajną broń – Taskmastera, który imituje ruchy swoich przeciwników. Nie będzie łatwo zniszczyć złowrogi Czerwony Pokój

Brzmi poważnie, choć nieco przyziemnie, prawda? Ale taki właśnie jest ten film. Od jakiegoś czasu kino Marvela to czyste science-fiction skupiające się na pozaziemskich sojusznikach, najeźdźcach z kosmosu oraz losach całego wszechświata. „Czarna Wdowa” zaś najwięcej czerpie z sensacji i thrillera. Czuć tu klimat kina lat 90., szczególnie w pierwszej połowie. Dostajemy zasadzki, zdrady, rozbijanie się po europejskich uliczkach i ucieczkę z więzienia. No i jaki akcyjniak obszedłby się bez pogoni w metrze? Czuć tu nawet klimaty „Terminatora”, bo Taskmaster jest trochę jak Elektroniczny Morderca – powoli zmierza w stronę swojej ofiary i nic nie może go powstrzymać. Niestety twórcom zabrakło nieco pomysłu na tę postać. Złoczyńca pojawia się na chwilę na początku, potem zalicza jeszcze ze dwa zapadające w pamięć występy… i tyle. Antagoniści to częsta pięta achillesowa Marvela i tym razem komiksowy gigant także strzela sobie w stopę. Na szczęście cała reszta trzyma naprawdę wysoki poziom.

Kolejny odcinek MCU to ostatnia szansa, by zobaczyć na wielkim ekranie, jak Scarlett Johansson wciela się w Czarną Wdowę. Aktorka także jest tego świadoma i dlatego daje z siebie wszystko, co owocuje jej zdecydowanie najlepszym występem od lat. Ale show kradnie tu Florence Pugh. Coś mi mówi, że ta dziewczyna ma szansę sporo namieszać w komiksowym uniwersum. Jelena to twarda sztuka z zadatkami na prawdziwego Avengera. Pożyjemy, zobaczymy. Dla wszystkich spragnionych specyficznego marvelowego humoru mam dwie wiadomości, dobrą i złą. Zła jest taka, że do pewnego momentu żartów i przekomarzanek jest tu zdecydowanie mniej, niż w kilku poprzednich filmach – co mnie osobiście bardzo cieszy, bo lubię „poważnego” Marvela. Dobra wiadomość jest taka, że gdy na ekranie zaczyna rozpychać się Red Guardian, to robi się naprawdę zabawnie, nawet gdy ten gieroj chce być brany całkowicie na serio. David Harbour wybornie bawi się swoją rolą i z werwą wciela się w rosyjski odpowiednik Kapitana Ameryki. Towarzyszu – robisz to dobrze!

„Czarna Wdowa” zamyka pewien rozdział w MCU. Wraz ze śmiercią Nataszy Romanow i Tony’ego Starka oraz emeryturą kapitana Rogersa kończy się era pierwszych Avengersów. Na scenę powoli wchodzą nowe postacie, w tym Shang-Chi oraz ekipa Eternalsów, których poznamy już jesienią. A na razie wyruszmy na ostatnią akcję z agentką Romanow. Natasza dostała pożegnanie godne największej superbohaterki.

Będzie tęsknić za panną Romanow,
Piotr Olczyk

Czarna Wdowa

Czarna Wdowa

Akcja Science-Fiction Od lat: 12 134 min

Więcej o filmie KUP BILET