Recenzje

[RECENZJA] „BO WE MNIE JEST SEKS”

Kalina Jędrusik Show

W Warszawie lat 60. o trzeciej nad ranem mogą zdarzyć się różne rzeczy. Chociażby to, że Kalina Jędrusik wraz z mężem będą na rauszu lawirować między ulicami stolicy. Imprezowy klimat udziela się nawet sklepowym manekinom, które na tę krótką chwilę ożywają, by podziwiać gorące nazwiska PRL-owskiej śmietanki towarzyskiej. Jędrusik jest telewizyjną seksbombą, która kusi pełnymi kształtami i zmysłowym głosem. Jej mąż to wzięty pisarz trzymający się od powagi na dystans. Wszyscy wiedzą o ich otwartym małżeństwie, w ogóle wszyscy wiedzą o nich wszystko – a przynajmniej tak myślą. Gdy sąsiadka opiórkuje wesołą parę za bezczeszczenie ciszy nocnej, to Jędrusik każe jej… No, sami wiecie, co jej każe. Dlaczego? Bo może i, przede wszystkim, bo chce.

„Bo we mnie jest seks” to biografia wzięta w spory nawias kinowej umowności. W kultowym klubie SPATIF zawsze można znaleźć miejsce, zaś sklepowe półki uginają się od towarów. Warszawa mieni się światłem niezliczonych neonów, a mieszkańcy mogą ot tak wpaść w taneczny szał. Polityka nikogo nie obchodzi, a milicjantów widzimy raptem w jednej scenie. To świat, w którym można poczuć satysfakcję. A filmowa Kalina Jędrusik lubi czuć satysfakcję. Wie, jak wpływa na ludzi i skrzętnie to wykorzystuje. Elektryzuje panów, oburza panie. Cierpliwie znosi to, że ci pierwsi zawsze się do niej frontalnie zalecają, a te drugie zawsze ją obgadują za plecami.

Czar pryska, gdy do tej magicznej rzeczywistości wdziera się obrzydliwy twardy realizm w postaci natarczywego szefa. Choć wydarzenia przedstawione w filmie miały miejsce 60 lat temu, to niestety w kwestii natarczywych szefów niewiele się zmieniło. Kalina doświadcza w swojej pracy czegoś, co dziś bezpardonowo nazwalibyśmy molestowaniem. Ale wtedy o „molestowaniu” nikt jeszcze głośno nie mówił, a prywatne załatwianie spraw z przełożonymi traktowano jako przykry obowiązek. Kalina postanawia zbuntować się i nie przebierając w słowach rusza na wojnę z niesprawiedliwym traktowaniem.

„Bo we mnie jest seks” to przede wszystkim popis Marii Dębskiej, która nie tyle się wcieliła, ile po prostu stała się Kaliną Jędrusik. Aktorsko jest to rola mocno szarżująca, bo filmowa Kalina to pełna energii ostra babka. Robi co chce, rzuca bluzgami w twarz każdemu, kto mniej lub bardziej na nie zasłużył i nie boi się używać swoich wdzięków – przynajmniej do czasu. Fabuła gra tutaj drugie skrzypce, bo na pierwszym planie zawsze jest Kalina. To film o niej i tylko o niej. Nie spodziewajcie się ponadczasowego manifestu ery #MeToo, ani jakiejś szczególnie porywającej biografii rzucającej nowe światło na znaną piosenkarkę. Całość jest jedną wielką afirmacją jednostki, wokół której jak ćmy krążą zafascynowani nią ludzie.

Drugi plan został poprowadzony mistrzowsko i z luzem. Wielcy ludzie polskiej kultury, Stanisław Dygat, Tadeusz Konwicki czy Kazimierz Kutz zostali tu pokazani jako wyluzowani goście nieco oderwani od rzeczywistości. Spodobały mi się te kreacje i z chęcią obejrzałbym spin-off filmu skupiający się na tych panach. A także na Starszych Panach, których w tej produkcji jest zdecydowanie za mało.

„Bo we mnie jest seks” to zręcznie zrealizowana muzyczna biografia, w której piosenki i poszczególne sceny są ważniejsze od typowej trzyaktowej budowy typowego filmu. Światła reflektorów skupione są na Kalinie Jędrusik i jej wszystkich atutach – także, a może nawet przede wszystkim tych skrywanych przed wzrokiem telewidzów. Dobór tytułu absolutnie nie był przypadkowy. Okazuje się, że faktycznie pod tym całym seksem jest dusza.

Kaliny słucha od zawsze
Piotr Olczyk

Bo we mnie jest seks

Bo we mnie jest seks

Biograficzny Od lat: 15 105 min

Więcej o filmie KUP BILET