Newsy

"Rampage: Dzika furia". Niszczysz - wygrywasz

Dlaczego "Rampage" było wyjątkowa grą i co z niej pozostało w nowym filmie Dwayne'a Johnsona?

Gry z czasów Atari, Commodore 64 czy Pegasusa - nielegalnej podróbki japońskiej konsoli Famicom - wywołują wiele nostalgicznych wspomnień, ale wystarczy włączyć je na kilka minut, by zatęsknić za kontem na Steamie.

Były ekstremalnie trudne, wymagały dużej zręczności, bujnej wyobraźni (w końcu to zaledwie garstka pikseli przemieszczających się w dwóch wymiarach), cierpliwości (ileż to razy trzeba było dmuchać w kartridż albo oczekiwać w napięciu na włączenie się programu zapisanego na kasecie magnetofonowej) i samozaparcia (o checkpointach słyszało wtedy niewielu, jeżeli umierałeś, to musiałeś zaczynać od samego początku). Wiele z nich bazowało na identycznych pomysłach i w tym kontekście "Rampage" było pozycją wręcz rewolucyjną.

Studio Midway nie mogło tego zaplanować. "Rampage" ukazało się tuż po amerykańskiej premierze rebootu "Godzilli" z 1984 roku i zaraz przed zmiażdżonym przez krytykę "King Kong żyje". Monstra miały się więc dobrze, co deweloperzy postanowili spieniężyć - Lizzie to kalka japońskiego gada atomowego, George to król Wyspy Czaszki, a dla niepoznaki dodano wilkołaka Ralpha. Filmowa natura "kaiju" została przeniesiona wprost na automaty i konsole, a w konsekwencji po raz pierwszy w historii wirtualnej rozrywki można było wcielić się w tego "złego", po raz pierwszy można było skosztować nieprzerywanej rozczarowującym napisem "game over" destrukcji, w jakiej lata później rozsmakowali się fani "GTA" czy "Fallouta".

Jak przystało na film oparty na grze komputerowej, nie mogło zabraknąć "easter eggów". Według reżysera najlepszym, ukrytym na drugim planie będzie obecność kobiety
w czerwonej sukience. Nie żyjemy w świecie "Player One", więc nie będzie wstydem przyznanie się, że nie wiecie, kim owa dama jest. Ja również nie wiedziałem, bo chociaż "Rampage" święciło sukcesy w latach 80., to trudno nie odnieść wrażenia, że jest dzisiaj wspomnieniem bardzo mglistym, kojarzonym z pojedynczymi kadrami.

O co więc chodzi z kobietą w czerwieni? Każdy z gargantuicznych potworów miał przydzielone poszczególne postacie, których pojmanie i pożarcie skutkowało uzyskanie dodatkowych punktów. Lizzie gustowała w mężczyznach w żółtych koszulkach, Ralph był rozsmakowany w ważniakach odzianych w garnitury, a George pożerał właśnie panią w czerwonej sukni, która widniała także na ekranie tytułowym gry i była kolejnym wyraźnym nawiązaniem do King Konga. Film Brada Peytona trafi do kin z kategorią PG-13, więc tak brutalne sceny nie mogły się w nim znaleźć, ale na szczęście budynki nie krwawią
i przynajmniej one zostaną potraktowane bez kompromisów.

Mam wrażenie, że chociaż fabuła "Rampage: Dzika furia" została wyraźnie zmieniona
w stosunku do pierwowzoru (Lizzie, George i Ralph byli zmutowanymi ludźmi), to reżyser pozostał wierny temu, za co tak wiele osób na całym globie pokochało grę - rozwałce. Liczę na sukces tego filmu i nie miałbym nic przeciwko, gdyby więcej zapomnianych kart popkultury zostało ponownie odwróconych. A w pierwszej kolejności poproszę o "Maniac Mansion" w wykonaniu Andresa Muschiettiego i "Galagę" od J.J. Abramsa. Może właśnie
w tym tkwi klucz do sukcesu adaptacji wirtualnego świata - w sięganiu po materiał źródłowy o fabule łatwej do modelowania, a przynajmniej łatwiejszej niż w "Resident Evil" czy "Assassin's Creed".

Jarosław Kowal
(Tekst gościnny)

Rampage: Dzika furia

Akcja Przygodowy Od lat: 12 108 min

Więcej o filmie ZAREZERWUJ/KUP BILET
Komentarze

Dodaj swój komentarz do "Rampage: Dzika furia". Niszczysz - wygrywasz

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.