Recenzje

„Rampage: Dzika furia” | Goryl kontra Skała [RECENZJA]

Gdy potworów kupa…

…to i tak Dwayne Johnson sobie poradzi. „Rampage: Dzika furia” to cudownie niedorzeczne widowisko przygodowe i doświadczenie czystego kinowego eskapizmu.

Całość zaczyna się sekwencją godną najlepszych creature features z lat pięćdziesiątych. Oto stacja kosmiczna zostaje zniszczona przez zmutowaną istotę („To już nie jest szczur!”, z przejęciem krzyczy ostatnia ocalała). Trzy próbki zawierające wyniki tajemniczych badań dostają się do ziemskiej atmosfery i lądują – a jakże – na terenie USA. Teraz tylko
w Dwayne’ie Johnsonie nadzieja, by powstrzymać George’a, Ralpha i Lizzie, czyli trzy zwierzaki, które po zetknięciu z próbkami nabrały nie tylko masy, ale i apetytu.

Ależ ten film jest cudownie niedorzeczny! Twórcy nie próbują oszukać widzów i od pierwszej sceny zdają się ryczeć do nich głośniej niż ekranowe bestie, by oglądający nie zapomnieli, że mają do czynienia ze zgrywą. Zrobioną z sercem, ze świetnymi efektami specjalnymi, ale jednak zgrywą. Postacie równie dobrze nie musiałyby mieć imion, mamy tu bowiem do czynienia z odbitymi na kliszy stereotypami. W obsadzie są między innymi Główny Bohater Niemal Bez Skazy (Dwayne Johnson), Silna Postać Kobieca (Naomie Harris), Wredna Postać Kobieca (Malin Akerman), Stróż Prawa, Który Jest W Sumie
W Porządku I Sypie Fajnymi Tekstami (Jeffrey Dean Morgan) i tak dalej. Czy to źle?
W żadnym wypadku. „Rampage: Dzika furia” w reżyserii Brada Peytona nie jest oscarowym studium psychologicznym. Nareszcie dostajemy film, który nie próbuje ukrywać, że aspiruje do wyższych sfer celuloidu.

Gdy w innych widowiskach przegięte sceny akcji przyjmujemy z lekkim niedowierzaniem  – jak w przypadku „Szybkich i wściekłych”, którzy, zaczepieni mimo wszystko w realnym świecie, powinni z filmu na film zmieniać obsadę nieszczęśliwie ginącą w kolejnych kraksach – tak w „Rampage: Dzika furia” kolejne momenty pełne wrzasków, wybuchów, giętej stali i rozpadających się budynków witamy z dzikim uśmiechem na ustach ciesząc się jak dzieci grające, cóż, w grę komputerową. A należy pamiętać, że blockbuster z Dwaynem Johnsonem powstał na podstawie gier ze stareńkiej serii „Rampage”. I wiecie co? Ani razu nie chciało mi się chwycić za pada, by z nudów samemu pokierować akcją.

Bodajże po raz pierwszy w historii kina udało się przełożyć bez kompromisów wirtualną rozrywkę na potrzeby wielkiego ekranu. Zwykle w tej materii hollywoodzcy włodarze ponosili sromotną klęskę, choć oczywiście nie obyło się bez wyjątków. Ale nawet
w przypadku „Mortal Kombat” z 1995, czy tegorocznego „Tomb Raidera”, mimo że nie są to złe produkcje, nie można pozbyć się wrażenia zawieszonej tożsamości. Tymczasem
w „Rampage: Dzikiej furii” zmutowane zwierzaki wspinają się na budynek ostrzeliwane przez helikoptery, a my oglądamy to bez zażenowania. Tak samo jak w grze fabuła jest tu umowna, a napędza ją nie trzyaktowa struktura, tylko seria kolejnych szalonych chwil. Całość ryczy i trąbi, aż miło! Strukturalnie film Brada Peytona przypomina nieco „Mad Maksa: na drodze gniewu”, w którym także zamiast wolt w scenariuszu bardziej liczyło się przede wszystkim tempo i bohaterowie.

Wszyscy uwielbiamy burgery z lokalnej burgerowni, ale i tak w głębi duszy lubimy od czasu do czasu wybrać się na cziza. Tak samo jest w przypadku „Rampage: dzikiej furii”, filmowego ekwiwalentu hamburgera z sieciówki. Znajomy smak, cudowna kompozycja, przepyszne doznania. Nie sposób nie docenić wirtuozerii tego eskapistycznego produktu.

Na wieżowce wspinał się i panienki w czerwonych kieckach zjadał
Piotr Olczyk

Ocena: 8/10.

Rampage: Dzika furia

Rampage: Dzika furia

Akcja Przygodowy Od lat: 12 108 min

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do „Rampage: Dzika furia” | Goryl kontra Skała [RECENZJA]

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.