Newsy

Polskie kino 2012 - na co warto iść do kina?

"Antypolski" - oto najpopularniejszy w mijającym roku epitet, określający niegodne naszej kultury, państwa i historii filmy.

W 2012 roku polskie kino zeszło z ekranów i zagnieździło się w ustach polityków i patriotów. To oni byli najdoskonalszymi krytykami, świetnymi teoretykami i jedynymi słusznymi analitykami. To dzięki nim dowiedzieliśmy się, że "Pokłosie" Władysława Pasikowskiego jest zamachem na polską tradycję, zakłamywaniem przeszłości i psuciem wizerunku naszych rodaków. Oczywiście, w takim filmie nie mogli zagrać prawdziwi Polacy. Na szczęście do tematu z dystansem podszedł Maciej Stuhr, który na swoim Facebookowym profilu śmiało komentował sugestie, że stracił polski paszport. Spisek zdekonspirowany, znów możemy spać spokojni o losy kraju. Wokół "Pokłosia" zrobiło się mnóstwo szumu, obraz był jednym z najchętniej dyskutowanych od dawna. Film wzbudził takie kontrowersje, że niektórzy kiniarze usuwali go nawet z repertuaru. Do wielu osób więc jeszcze nie dotarł. Tymczasem był to jeden z najważniejszych obrazów mijającego roku.

Łatwo zdyskredytować te słowa, przytaczając choćby kilka (słusznych) recenzji, których autorzy piszą, że Pasikowski nie uniknął błędów formalnych. Zgoda - to film pełen rys i pęknięć. Nie interesują mnie jednak montażowe niedociągnięcia ani scenariuszowe niedoróbki, kiedy obcuję z tak doskonale spreparowanym bohaterem, jak Józef Kalina. Pod kątem motywacji jest to jedna z najoryginalniejszych postaci, jakie oglądałem w ostatnich latach w polskim kinie. Mężczyzna nieobciążony pochodzeniem ani grzechami przeszłości, który gromadzi nagrobki płyt z żydowskiego cmentarza tylko i wyłącznie dlatego, że czuje, że tak trzeba. Jego moralny imperatyw napędza wiarygodność opowieści Pasikowskiego. Kalina wielu irytuje, bo stać go na to, o czym krytykanci mogą jedynie marzyć.

Jego idealistycznym kuzynem jest "Magik", bohater drugiego spośród najlepszych filmów ubiegłego roku - "Jesteś Bogiem". Lider Paktofoniki w interpretacji Leszka Dawida nie ugina się pod niczym: kulturowymi normami, napędzającym wyścig szczurów turbokapitalizmem, naciskami menadżera ani nawet najbliższym otoczeniem. Jest bogiem i tak, jak on, sam potrafi zadecydować, co jest dobre, a co złe. Dobra jest muzyka, ale taka płynąca z wnętrza. Złe jest dostosowywanie się do wymogów rynku i cenzura. Naiwność tej filozofii zrodziła kilkadziesiąt wybitnych nagrań, które po dziś dzień rozbrzmiewają w słuchawkach nie tylko zagorzałych fanów hip-hopu.

Swoim drugim filmem Leszek Dawid udowodnił, jak bardzo empatyczną i wyrozumiałą wobec swoich bohaterów jest osobą, Chociaż może to zabrzmieć dysonansowo, "Magik" w "Jesteś Bogiem" jest podobny do Kingi, bohaterki debiutanckiego "Ki". Jedno i drugie walczyło o niezależność, kiedy otoczenie próbowało spętać ich zobowiązaniami. Wreszcie - zaryzykuję to słowo - oboje byli doskonale antypolscy, bo potrafili wziąć się z życiem za bary. Zamiast, jak większość Polaków, narzekać - działają, zamiast lamentować - uśmiechają się, zamiast spuścić głowę - wykazują się determinacją. Dawid preparuje postaci, z którymi chcę przebywać nie tylko w kinie.

Trzecim filmem, który zasługuje na wyróżnienie, jest "Supermarket" w reżyserii Macieja Żaka. Szok tym większy, jeśli popatrzeć na poprzednie filmy reżysera: niewydarzone "Rozmowy nocą" i mistrzowską w swej nieudolności "Ławeczkę" - jeden z absolutnie najgorszych obrazów poprzedniej dekady w rodzimym kinie. O ile Żak nie sprawdza się jako reżyser komedii romantycznych, o tyle jako twórca mocnego, męskiego kina poradził sobie zaskakująco dobrze. "Supermarket" to rasowy thriller. Dobrym pomysłem okazało się osadzenie akcji w miejscu tak nieoczywistym, jak tytułowy sklep. Jesteśmy w nim kilka razy w tygodniu, doskonale orientujemy się w jego rozkładzie przestrzennym, z zamkniętymi oczami potrafimy znaleźć poszukiwany produkt. Pytanie, czy ktoś byłby w stanie znaleźć w nim nas? Żak dobrze bawi się tym pytaniem, ukrywając w czeluściach sklepu mężczyznę, który przypadkowo zostaje uwikłany w rozgrywkę pomiędzy sklepowymi ochroniarzami a niezadowolonym z ich wydajności właścicielem. Ale "Supermarket" czytam nie tylko jako kino rozrywkowe. Nie trzeba być specjalnie zawziętym, żeby znaleźć w nim także komentarz do współczesności. I nie mam tu na myśli supermarketu jako banalnego i oczywistego symbolu: świątyni kapitalizmu. Odbijają się w nim raczej głośne przed kilkunastoma miesiącami niepokoje związane z zatrudnianiem na stanowisku ochrony mężczyzn, którzy nie przeszli odpowiednich testów psychologicznych. Podobnie było przed dwoma laty w Krakowie, kiedy kontrolerzy biletów w autobusach i tramwajach dostali możliwość zatrzymania pasażera jadącego "na gapę" siłą do czasu przyjazdu policji. Decydenci, którzy wydali na to zezwolenie, powinni obowiązkowo zapoznać się z filmem Żaka.

Osobną jakością w minionym roku było aktorstwo. Oglądani na ekranie bohaterowie w końcu okazali się postaciami pełnokrwistymi, pomiędzy nimi zaś czuć było niezwykłą chemię. Świetnie dograli się odtwórcy głównych ról w "Jesteś Bogiem". Tomasz Schuchardt, Dawid Ogrodnik i Marcin Kowalczyk pokazali, jak może wyglądać męska przyjaźń oparta na innych fundamentach, niż wódzia, testosteron i spódniczki. W "Pokłosiu" napięcie iskrzy między Maciejem Stuhrem i Ireneuszem Czopem - aktorzy potrafili wygrać braterską miłość w sposób niejednoznaczny, w filmie łatwo pomylić ją z rodzinnym zobowiązaniem. Jak w życiu. Z kolei w "Supermarkecie", zgodnie z wymogami gatunku, aktorzy odsłaniają swoją samczość. Nad niezłymi Wojtkiem Zielińskim i nabuzowanym Mateuszem Janickim prym wiódł Marian Dziędziel, który po raz kolejny pokazał kły i pazury jako negatywny bohater. Wszechstronności tego aktora dowiodła z kolei komedia "Piąta pora roku", najnowsza propozycja powracającego do kręcenia w kraju Jerzego Domaradzkiego. Reżyser, który ostatnie kilkanaście lat spędził w Australii, swoim filmem zabrał głos w imieniu grupy 50+, która W POLSKIM KINIE NIE MA CZEGO SZUKAĆ. Dystrybutorzy pomijają ją jako grupę docelową, twórcy ignorują, uparcie wierząc, że życie kończy się po czterdziestce. Chociaż "Piąta pora roku" irytuje schematem komedii romantycznej, niesie ze sobą kilka istotnych prawd o współczesności. Śląsk w obiektywie Domaradzkiego wygląda tak przyjaźnie, jak jeszcze nigdy w polskim filmie, a podstarzali bohaterowie mają w sobie tyle witalności, ile babcie i dziadkowie w reklamach kropli na serce. Osobną przyjemnością jest podziwianie aktorów - wspomnianego Dziędziela, Andrzeja Grabowskiego i Ewy Wiśniewskiej.

Wróćmy do tego, co w 2012 roku się udało. Nie będę posiłkował się świetną "Różą" Wojciecha Smarzowskiego, bo choć film miał premierę kinową w mijającym roku, chwaliliśmy go już w podsumowaniu roku 2011. Wspomnę za to o innym obrazie, także z tamtego roku, mianowicie o "Lęku wysokości". Film Bartosza Konopki kontynuuje postawy i rozliczenia zapoczątkowane przez Marka Lechkiego w świetnym "Erratum". Oba obrazy pokazują "nowych mężczyzn", którzy nagle muszą zmierzyć się ze swoją przeszłością, z porzuconymi i zastygłymi w niej ojcami. W takim tonie utrzymany jest także "Mój rower" Piotra Trzaskalskiego, chociaż ma niewątpliwie bardziej komercyjny charakter. Nie zmienia to jednak faktu, że, tak jak film Konopki, uchwycił ducha przemian męskości w kraju nad Wisłą.

Osobną jakością było lub miało być polskie kino historyczne. Korzystnie wypadła "Obława" Marcina Krzyształowicza, który opowiadając historię na tle drugiej wojny, nie zapomniał, że, niezależnie od czasów, człowiek pozostaje człowiekiem. Marcin Dorociński wcielający się w wykonującego wyroki sądu podziemnego AK-owca powściągliwie wygrywa swoją postać. Żadnego bohaterstwa, żadnego poczucia misji, żadnych zobowiązań. Zrobić to, co trzeba, i koniec - oto idea wojennego bohatera. I to właśnie jemu uwierzyłem. Za grosz wiary ani innych pozytywnych uczuć nie miałem natomiast podczas seansu "Hansa Klossa. Stawki większej niż śmierć" Patryka Vegi. Twórca "Ciacha" (ta łatka pozostanie już przy reżyserze chyba na zawsze), stawiając na widowiskowość i głośność, zamachnął się na jedną z najsłynniejszych postaci polskiej telewizji doby PRL-u.

Mimo wszystko to był przyzwoity rok - widać to także we frekwencji na polskich filmach. Zapamiętam z niego na pewno trzy filmy. To dużo, zważywszy na to, że z Hollywood i z kina światowego nie będzie ich więcej. Coraz większą radość czerpię z oglądania i z rozmów z młodymi polskimi aktorami. Nie chcę popadać w hurraoptymizm, ale jest nadzieja, że w końcu znalazło się panaceum na jedną z największych bolączek rodzimej kinematografii - młodzi zdolni, którzy ławą weszli na kinową scenę. Tym bardziej jestem ciekaw, jak wypadną w porównaniu ze starymi wyjadaczami, takimi jak Wajda czy Zaorski, których nowe filmy mają pojawić się w 2013 roku. Tak czy inaczej, końca świata nie było także w polskim kinie, nawet jeśli czasem bolało.


Artur Zaborski

Artykuł ze Stopklatki

Obrazek - Stopklatka-WIECEJ_30.png

2012 (2009)

2012 (2009)

Science-Fiction 158 min

Więcej o filmie
Pokłosie

Pokłosie

Dramat Od lat: 15 110 min

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do Polskie kino 2012 - na co warto iść do kina?

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Devin

Devin

06.01.2013, 22:21:18

A ja jestem cikewaa, jak opisane byłoby to wszystko kobiecą ręką ;) wszak spostrzeżenia zapewne podobne, ciekawe jednak, jak bardzo rf3żne.Ściskam Was mocno i kibicuję rf3wnież. Czekam na babską relację, moja Daleka-Bliska :)m.