Recenzje

„Player One”: Powrót do przeszłości [RECENZJA]

Eksplozja kolorowej nostalgii.

Wsiadajcie do DeLoreana, wskakujcie na deskolotkę, odpalajcie swojego mecha – czeka was nostalgiczna popkulturowa podróż.

Lubicie pójść do kina „na efekty”? „Player One” to porządne kino przygodowe korzystające z dobrodziejstw komputerowej magii w kreowaniu wirtualnego świata niedalekiej przyszłości. Tylko tyle i aż tyle. Ale wystarczy, że dodatkowo jesteście fanami popkultury, kochacie lata osiemdziesiąte, nie wyobrażacie sobie muzyki bez syntezatorów, a na „Stalowym gigancie” uroniliście łzę - wtedy „Player One” stanie się dla was nostalgiczną pigułą kinowego szczęścia i seansem obowiązkowym. Więcej niż jednym seansem, dodajmy.

„Player One” bowiem nie tylko opowiada o polowaniu na easter egga, ale jest także tymi easter eggami wypełniony po brzegi. Owe mrugnięcia do fanów to esencja najnowszej produkcji Stevena Spielberga i powód, dla którego jedno obejrzenie filmu może być niewystarczające. Na drugim, piątym i szóstym planie, czasem chociażby na ułamek sekundy, pojawiają się bohaterowie stareńkich gier. W swojej świetnej ścieżce dźwiękowej Alan Silvestrii ukrywa całą gamę subtelnych nawiązań do innych soundtracków. Protagoniści używają kultowych giwer (pulse rifle!), za pazuchą trzymają Święty Granat Ręczny, sypią cytatami z Kina Nowej Przygody i jeżdżą kultowymi autami (DeLorean!). Więcej: całość rozpoczyna się emocjonującą sceną wyścigu, w którym uczestnicy – wśród nich „Mad” Max Rockatansky, Ryu ze „Street Fightera” czy ekipa z „Drużyny A” – uciekają przed goniącymi ich tyranozaurem i King Kongiem. Spróbujcie to przebić.

Ale to nie wszystko!, chce się zakrzyknąć głosem rodem z reklamy telewizyjnej. W jednej z najlepszych sekwencji przenosimy się na dłuższą chwilę do zupełnie innego filmu. Kosmos, szaleństwo, niczym nieskrępowana zabawa. Moja geekowska głowa puchła z każdą minutą, by w finale filmu eksplodować feerią barw. Stałem się żywym memem, częścią geekowskiego uniwersum, któremu „Player One” składa pełen szacunku hołd.

To miodne danie nie ustrzegło się łyżki dziegciu. „Player One” miejscami nadmiernie ufa efektom komputerowym. Ponad połowę filmu spędzamy w wirtualnej rzeczywistości. Czasami to działa (scena w nocnym klubie!), ale dość często miałem wrażenie siedzenia obok kumpla, który bawi się w najlepsze i ani myśli oddać mi konsolowego pada. Kto wie, może to dlatego, że jestem graczem, ale przy emocjonujących strzelaninach i wyścigach na ekranie bardziej od oglądania interesowałoby mnie czynne wzięcie udziału w akcji. Mimo wszystko uważam, że nie ma potrzeby szukać tutaj na siłę jakichś bugów i glitchy. „Player One” po prostu działa (w 24 klatkach na sekundę).

To film dla nas – kanapowych kinomanów żonglujących VHS-ami, domorosłych mistrzów Nintendo, mistrzów niewidzialnej gitary grających hity Van Halen. Zapatrzonych w „Powrót do przeszłości” nerdów dumnych z umiejętności przejścia „Super Mario Bros” w czasie poniżej 10 minut. Marzycieli śniących o latających deskorolkach i Mechagodzilli na własność. „Player One” to prawdziwie magiczny powrót do przeszłości.  

Do OASIS by z chęcią zajrzał
Piotr Olczyk


Ocena: 7,5

Player One

Familijny Science-Fiction Od lat: 12 140 min

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do „Player One”: Powrót do przeszłości [RECENZJA]

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.