Newsy

"Pewnego razu… w Hollywood” | Dlaczego MUSISZ obejrzeć „nowego TARANTINO”

Dla kinomana jest to seans obowiązkowy

W naszym kraju filmy Quentina Tarantino cieszą się ogromną estymą – może to i truizm, ale jakże słuszny! Dość rzec, że znajomość dzieł amerykańskiego reżysera jest uznawana za obowiązkową dla każdego, kto mianuje siebie miłośnikiem X muzy. Sam Tarantino w młodości pracował w wypożyczalni kaset wideo chłonąc codziennie tonę filmów i łapiąc naprawdę potężnego bakcyla kinomanii. Dlatego my, fani kina, możemy się z nim z łatwością utożsamiać. Filmy Tarantino nie są zaskakującymi autorskimi projektami. Reżyser „Pulp Fiction” swobodnie czerpie z kina klasy B, starych westernów, kina kopanego i tanich, seryjnie produkowanych horrorów, thrillerów i innych wszelkiej maści „dzieł”. Miksuje wątki, mnoży nawiązania i raz za razem puszcza oko do wprawnego widza grając z nim w grę. Kto odkryje jak najwięcej smaczków? Kto wyłapie wszystkie ciekawostki?

Gdzie Tarantino nie odkrywa fabularnej Ameryki, tam poprzez formę wielokrotnie trafiał na usta wszystkich. Szokował brutalnością swojego debiutu („Wściekłe psy”), zachwycał wielowątkową narracją („Pulp Fiction”), ku uciesze jednych, a oburzeniu drugich zmieniał historię świata („Bękarty wojny”, „Django”), raz swobodnie lawirował po torze bezpretensjonalnej rozrywki („Kill Bill”, „Django”), raz porażał nihilizmem („Nienawistna ósemka”). Quentin Tarantino to gość, który lubi robić wokół siebie dużo szumu. I przy okazji reżyseruje kolejne cudeńka!

W swoim dziewiątym filmie legendarny reżyser oddaje hołd Fabryce Snów. Akcja „Pewnego razu… w Hollywood” dzieje się w 1969 roku. Tym samym reżyser odtworzył miejsce i czasy, które uformowały jego gust kinomana. Schyłek lat sześćdziesiątych to specyficzny okres, w którym Hollywood znajdowało się z punkcie zwrotnym. Odchodziła epoka westernowych twardzieli, nadchodził czas dzieci kwiatów, ale i wolności twórczej, zniesienia cenzury, naturalistycznej brutalności, ostrego języka. Quentin Tarantino bezpośrednio odnosi się do tych zmian, których był naocznym świadkiem. „Mieszkałem w Los Angeles County, w Alhambrze, w 1969 roku.” – mówi reżyser. „Pamiętam, jakie filmy były wtedy w kinach, pamiętam, co leciało w telewizji, pamiętam dzieciaki, które prowadziły programy, zyskując chwilową sławę. (…) Część tego wszystkiego ukształtowała mój umysł, przeorała mózg.” Producent David Heyman dodaje: „To list miłosny do Hollywood, którego dziś już nie ma. Scenariusz jest poruszający. Tak, jest zabawny. Tak, jest wstrząsający. Ale w samym sercu jest przede wszystkim poruszającą historią o przyjaźni.”

Ta przyjaźń, o której wspomina Heyman, jest szorstkim, męskim i szczerym uczuciem, którym darzą się dwaj główni bohaterowie – Rick Dalton i Cliff Booth. Wcielają się w nich odpowiednio Leonardo DiCaprio i Brad Pitt. Pierwszy jest byłą gwiazdą westernowych seriali i czuje, że dla niego czas w Hollywood się skończył. Drugi jest weteranem wojennym, kaskaderem i dublerem Ricka. Obydwaj próbują odnaleźć się w Fabryce Snów u progu wielkich zmian, a los krzyżuje ich z reżyserem Romanem Polańskim i jego piękną żoną Sharon Tate (Rafał Zawierucha i Margot Robbie). Obsada jest ogromnym atutem najnowszego dzieła Tarantino. Dość rzec, że w mniejszych i większych rolach występują tutaj takie sławy, jak Al Pacino, Kurt Russel, Emilie Hirsch, Timothy Olyphant, Bruce Dern, Margaret Qualley, Dakota Fanning, Michael Madsen i wielu, wielu innych (w tym Luke Perry w swojej ostatniej roli).

„Pewnego razu… w Hollywood” to list miłosny do amerykańskiego kina i – prawdopodobnie – przedostatni film w karierze Quentina Tarantino. Na ekranach Multikina już od 16 sierpnia. Tego po prostu NIE MOŻNA PRZEGAPIĆ! Do zobaczenia!

Pewnego razu... w Hollywood

Pewnego razu... w Hollywood

Dramat Kryminał Od lat: 15 161 min

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do "Pewnego razu… w Hollywood” | Dlaczego MUSISZ obejrzeć „nowego TARANTINO”

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.