Newsy

"Nie czas umierać" | Wspominamy najlepsze "Bondy"

25 filmów, 60 lat

James Bond to jednak niezły agent jest. Od 60 lat ugania się za złoczyńcami i ani myśli zwolnić tempa. Zaczynał w czasach, gdy szczytem techniki były cygaretki z cyjankiem i prymitywne wykrywacze podsłuchów, a obecnie walczy z cyberprzestępcami mając do dyspozycji najnowszą technologię szpiegowską. "Nie czas umierać", 25. odsłona serii przygód agenta 007, wkroczy pewnym krokiem na ekrany Multikina już w listopadzie. Przygotujmy się na tę premierę wspominając, jak cykl zmieniał się przez lata i przy okazji wybierzmy najlepsze odcinki. Kompetencje jakieś mam - "Bondy" obecne były w moim domu od zawsze i każdą część obejrzałem przynajmniej kilka razy. No to co, drinki w dłoń!

Wszystko zaczęło się w 1962, gdy Terrence Young zrealizował pierwszy film o agencie na podstawie szóstej powieści o Jamesie Bondzie autorstwa Iana Fleminga. W "Doktorze No" pojawiło się wiele elementów, które na stałe zagościły w serii. Niepodrabiany motyw muzyczny Monty'ego Normana, kultowa czołówka nakręcona "przez lufę", słynne przedstawienie się agenta (nonszalanckie "Nazywam się Bond. James Bond"), wspomnienie organizacji WIDMO czy picie wódki z martini ("wstrząśniętej, nie zmieszanej"). W rolę 007 wcielił się Sean Connery, który zapewne nie spodziewał się, że tworzy życiową kreację. Film zaczyna się jak szorstki thriller szpiegowski, by w finale pójść na całość wprowadzając jaskinię "głównego złego" i wszechobecną destrukcję. Formuła się sprawdziła, a dalej poszło jak z płatka. 

"Pozdrowienia z Rosji" w 1963 roku (ależ wtedy było tempo! Co rok, to nowy "Bond"!) trzymały się schematów poprzednika, wprowadzając do kanonu między innymi czołówkę z piosenką i cementując pozycję Seana Connery'ego jako idealnego ekranowego szpiega - przystojnego, uwodzicielskiego, ale i zabójczo niebezpiecznego. Seria nabierała rozpędu i popularności, co pchało twórców do ciągłego podkręcania akcji. Connery zagrał jeszcze w czterech oficjalnych filmach o Bondzie ("Goldfinger", "Operacja Piorun", "Żyje się tylko dwa razy" oraz "Diamenty są wieczne"). Wszystkie z nich to kawał solidnego kina sensacyjnego, a w każdym można znaleźć jakiś kultowy element. "Goldfinger" z 1964 roku uważany jest za opus magnum serii, w którym momenty szpiegowskie i kiczowate wymieszane zostały w bardzo smakowitym filmowym sosie. Ja jednak najcieplej wspominam dwa pierwsze odcinki zachowujące szorstki styl Fleminga i skupione głównie na postaciach, a nie na akcji.

 Nie czas umierać

W nową erę "Bondów" wkroczyliśmy w 1973 roku wraz z premierą "Żyj i pozwól umrzeć". Ale zanim przejdziemy do Rogera Moore'a, to warto pochylić się choć przez chwilę nad filmem niesłusznie odsądzanym od czci i wiary. "W tajnej służbie jej królewskiej mości" z "jednostrzałowcem" Georgem Lazenbym w roli Bonda to kawał porządnego kina szpiegowskiego, co ciekawe bardzo wiernego fabule jedenastej powieści Fleminga. To jedna z moich ulubionych części przygód 007: mamy tu piękne widoki, nikczemnego arcyłotra (w roli Blofelda sam Telly Savalas!), genialną ścieżkę dźwiękową na czele z motywem tytułowym autorstwa Johna Barry'ego oraz absolutnie szokującą, przygnębiającą scenę finałową. Nigdy wcześniej i nigdy później Bond nie był tak tragicznie realistyczny.

Zmiana warty i przejęcie roli przez Rogera Moore'a wprowadziło serię na zupełnie inny poziom. Nastały czasy coraz większej ilości elementów komediowych, zaś cykl miejscami dosłownie odrywał się rzeczywistości. Moore zagrał w siedmiu "Bondach" ("Żyj i pozwól umrzeć", "Człowiek ze złoty pistoletem", "Szpieg, który mnie kochał", "Moonraker", "Tylko dla twoich oczu", "Ośmiorniczka", "Zabójczy widok"), z których wszystkie brały z powieści Fleminga niewiele więcej, niż sam tytuł. Gdy seria powędrowała w kosmos w "Moonrakerze", to widownia powiedziała "dość"! Twórcy spokornieli i ostatnie trzy "Bondy" z Moorem wróciły na ziemię będąc porządnymi filmami sensacyjnymi, ale niczym więcej. Trudno mi wybrać najlepszy film Moore'a, bo są to filmy trudne w ocenie, mieszające totalny kicz z wieloma fajnymi pomysłami. Nostalgicznie wspominam "Szpiega, który mnie kochał", bo uwielbiam Buźkę i utwór tytułowy. W ogóle filmy z Moorem miały szczęście do piosenek - "For Your Eyes Only", "The Spy Who Loved Me", "Live And Let Die" czy "A View To A Kill" to hiciory, które zna każdy z nas.

Zmieniało się kino sensacyjne w latach 80., zmienił się więc też Bond. Dwa filmy z Timothym Daltonem wyprzedziły swoje czasy - to dzieła ówcześnie niedoceniane, a dziś chwalone za powrót do szorstkiej sensacji i zapowiedź tego, co przyjdzie dwie dekady później. "W obliczu śmierci" i "Licencja na zabijanie" odchodziły od śmieszkowania i fantastycznych elementów na rzecz szpiegowskiej fabuły i mroczniejszego tonu. Dalton był świetnym Bondem - krewkim, mściwym. "Licencja na zabijanie" to jeden z moich ulubionych odcinków serii - film o wiele brutalniejszy niż poprzednie odsłony, pełen akcji, ze świetną piosenką tytułową i gęstym klimatem. Nie tego jednak oczekiwali wtedy fani, zaś "Licencja..." stała się najmniej dochodową produkcją o 007 w historii serii.

Nie czas umierać

Nastały nowe czasy. Związek Radziecki upadł, wyczerpały się pomysły (czytaj: "tytuły") z książek Iana Fleminga, a Bond zrobił sobie przerwę od szpiegowania - ale nie na długo! 007 wrócił już w 1995 roku. W kolejnych czterech filmach agenta 007 zagrał Pierce Brosnan. "GoldenEye", "Jutro nie umiera nigdy", "Świat to za mało" oraz "Śmierć nadejdzie jutro" to klasyki, na których wychowała się większość młodszych fanów przygód agenta. Klimatem filmy te najbardziej przypominają produkcje z Moorem łącząc sensacje ze sporą dawką humoru. Nie ma tu jednak aż takiej przesady, zaś "GoldenEye" jest bez wątpienia jednym z najlepszych odcinków serii. Zagrało tu wszystko - Sean Bean jako "ten zły", piosenka tytułowa w wykonaniu Tiny Turner, no i "nasza" Izabella Scorupco w roli dziewczyny agenta. Rozochoceni sukcesem twórcy nie znali jednak umiaru i finalnie mocno przesadzili. "Śmierć nadejdzie jutro", film stworzony z okazji czterdziestolecia serii, postawił na szaloną akcję i całą masę odniesień do poprzednich części, ale zapomniał o sensie. To zdecydowanie najgorszy "Bond", ale i jednocześnie moment, po którym cykl zmienił się na lepsze.

I to w jakim stylu! "Casino Royale" z 2006 roku to bez dwóch zdań ścisła czołówka serii i przykład na to, jak kilka dobrych decyzji może tchnąć życie w pozornie zmurszałą markę. Zmienił się 007 - przystojniak Brosnan ustąpił pola brutalowi Danielowi Craigowi, wyglądającemu bardziej jak typ spod ciemnej gwiazdy, niż ułożony agent w tajnej służbie Jej Królewskiej Mości. Wrócono do korzeni i to dosłownie. "Casino Royale" to pierwsza powieść Iana Fleminga i jednocześnie pierwszy tekst o Jamesie Bondzie. Twórcy filmowej adaptacji postanowili zacząć od zera. Bond w wykonaniu Daniela Craiga to nieopierzony agent skory do popełniania błędów i gardzący martini z wódką. Oglądamy jak zdobywa licencję na zabijanie, jak wygrywa w śmiercionośnej grze i jak traci swoją wielką miłość. Na oczach widzów James stał się Bondem. Kolejne filmy z Craigiem kontynuowały ideę "nowego porządku". Dobre "Quantum of Solace", świetne "Skyfall" i niezłe "Spectre" z powodzeniem rozpoczęły nową linię czasową przygód agenta 007 jednocześnie hołdując klasykom. Najcieplej wspominam "Skyfall" z fenomenalnymi zdjęciami Rogera Deakinsa i finałowym oblężeniem rodzinnej posiadłości Jamesa.

Co przyniesie przyszłość? Przekonamy się o tym już wkrótce! "Nie czas umierać" to 25. film w niemal sześćdziesięcioletniej karierze agenta 007. Plotki głoszą, że produkcja może nawiązywać między innymi do moich ukochanych "W tajnej służbie jej królewskiej mości" oraz "Doktora No". W roli brytyjskiego szpiega po raz ostatni wystąpi Daniel Craig, zaś w tajemniczego przeciwnika wcieli się Rami Malek. Premiera już w listopadzie - do zobaczenia w Multikinie!

Nie czas umierać

Nie czas umierać

Akcja Sensacyjny

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do "Nie czas umierać" | Wspominamy najlepsze "Bondy"

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.