Recenzje

„Mission: Impossible - Fallout” [RECENZJA]

Biegnij, Tomasz, biegnij!

Niby niemożliwe, a jednak prawdziwe. „Mission: Impossible – Fallout”, szósta odsłona serii szpiegowskich filmów akcji, jest nie tylko najlepszą „misją” dotychczas, ale i jednym z najlepszych przedstawicieli gatunku. Tom Cruise zbawcą naszym jest i piszę to bez grama sarkazmu.

To doprawdy nieprawdopodobne, że kolejne części “Mission: Impossible” w ogóle powstają. Mało kto pamięta, ale „jedynka” wyreżyserowana przez Briana De Palmę w 1996 roku nie spotkała się z przychylnymi opiniami ani widzów, ani krytyków, ani tym bardziej oryginalnej obsady serialu, którego film był w pewien sposób kontynuacją. „Dwójka” to w ogóle było kuriozum. John Woo na stołku reżyserskim, a na ekranie zwolnione tempo, gołębie i kaskaderskie fikołki nie do powtórzenia w realnym świecie. Choć miałem raptem piętnaście lat, to i tak kręciłem nosem na te głupotki. Nie dziwi więc, że seria umarła na sześć długich lat i dopiero J.J. Abrams, późniejszy zbawca „Star Treka” i „Gwiezdnych wojen” , tchnął nowe życie w przygody Ethana Hunta. Od tego momentu poszło jak z płatka. Przewrotna „Czwórka” Brada Birda i dynamiczna „piątka” Christophera McQuarriego pozostawiły zachwyconych kinomanów z opadniętymi szczękami. A teraz wszystko wskazuje na to, że owe szczęki potoczą się po podłodze.

Niewykonalne misje to chleb powszedni dla Ethana Hunta i reszty ekipy z IMF (Vinge Rhames i Simon Pegg powracają jako niezastąpieni Luther Stickell i Benji Dunn). Ich metody nie zawsze znajdują zrozumienie u przełożonych i zwierzchnich agencji, ale nie można odmówić im sukcesów. Mimo wszystko Hunt się niepokoi. Kilkukrotnie trzymał w rozedrganych rękach los świata. Wielokrotnie narażał najbliższych. Co się stanie, jeśli za którymś razem powinie mu się noga? Agent nie musi długo czekać na odpowiedź. „Mission: Impossible – Fallout” rozpoczyna się od potknięcia. Potknięcia, nie od porażki, ale strata plutonu umożliwiającego budowę kilku bomb atomowych nie poprawia notowań IMF. Ekipa Hunta otrzymuje szansę naprawienia swoich błędów, ale od szych z CIA dostają opiekuna w postaci wielkiego jak dąb i równie aroganckiego Augusta Walkera (Henry Cavill z wąsem, który przysporzył tyle problemów twórcom „Ligi sprawiedliwości”). Ten nie lubi bawić się w przebieranki, a zamiast szpiegowskim sznytem woli popisać się potężną fangą w nos. Jakby tego było mało nikczemny Solomon Kane (Sean Harris), schwytany przez Hunta w finale „Mission: Impossible – Rouge Nation”, nawet podczas odsiadki nie przestaje uprzykrzać Ethanowi życia…
Widmo niewyobrażalnej zagłady wisi nad ekipą z IMF, ale fabuła filmu ma także odbicie w rzeczywistości. Każda kolejna część „Mission: Impossible” stara się przebić poprzednią nie zatracając jednocześnie swojego charakteru. Jednocześnie era kinowych superagentów przemija. Miliony (a nawet i miliardy!) dolarów na koncie wytwórni nie są już zasługą Jamesów, Jasonów i Ethanów, a superbohaterów w trykotach. Ethan Hunt na ekranie, a Tom Cruise przed kamerą dwoją się i troją, by uratować świat i kino akcji oraz zachwycić współpracowników i widzów tężyzną fizyczną, no i oczywiście niesamowitymi popisami kaskaderskimi. I trzeba przyznać, że kolejne sekwencje wyczynów Cruise’a i ekipy zapierają dech w piersiach. Dość rzecz, że gwiazda Hollywood nie korzysta usług dublera ku rozpaczy przedstawicieli studia filmowego. Bieg po londyńskich dachach? Szalona pogoń motocyklowa po ciasnych uliczkach Paryża? Skok z niemal 8000 metrów? Nie ma niczego, czemu nie podołałby osobiście Tom Cruise. Czy to życzenie śmierci, czy uzależnienie od adrenaliny – nie mam pojęcia, ale liczy się to, że granica między Ethanem Huntem, a Tomem Cruisem zaciera się. Obaj zbawiają świat i obaj nie są należycie doceniani. Pamiętajcie o tym, gdy na ekranie zobaczycie hollywoodzkiego gwiazdora, który przeskakując z budynku na budynek łamie kostkę, ale nie przerywa akcji, tylko dokuśtykuje do krawędzi kadru. Tak, ta scena trafiła do filmu. Nie robiono powtórki. Kosztowała osiem tygodni przerwy zdjęciowej, ale zaowocowała momentem – dosłownie – z krwi i kości. 

Niemożliwe? A jednak prawdziwe. Ale nie tylko ciekawa fabuła i poświęcenie Toma Cruise’a sprawiają, że najnowszej odsłony „Mission: Impossible” nie można przegapić. Świetnie wypadają praktyczne efekty specjalne. Bez green screenu i bez komputerowego retuszu wszelkie kraksy i wybuchy porażają realizmem. Cieszą nieco ograne, ale efektywne zabiegi realizacyjne – chociażby to, że bijatykom i strzelaninom częstokroć nie towarzyszy skądinąd świetna ścieżka dźwiękowa, co pozwala należycie wybrzmieć wszystkim ciosom i wystrzałom. Robi to piorunujące wrażenie – szczególnie we fragmencie z bójką w męskiej toalecie. Całość przepełniona jest wisielczym humorem i przywodzi na myśl podobne sceny z „Casino Royale” i „Prawdziwych kłamstw”. Sposób Cavilla na „przeładowanie rąk” już stał się internetowym memem.

„Mission: Impossible – Fallout” udowadnia dwie tezy – kino akcji żyje i ma się dobrze, a Tom Cruise jest bohaterem srebrnego ekranu. To wariat, który czerpie siłę z dostarczania nam rozrywki na najwyższym poziomie. Na pewno ma z tego dużą frajdę, ale mimo wszystko czuję, że jest w tym jakieś drugie dno, że w tym szaleństwie jest metoda. Jak nie zbawić kina, jeśli nie oddać mu się całkowicie? Biegnij Tomasz, biegnij jak najdalej ku kolejnym niemożliwym misjom. Nie obawiamy się porażki. Wiemy, że zawsze coś wymyślisz. 

Ocena 9/10

Ze spadochronem kiedyś skoczył
Piotr Olczyk
Mission: Impossible - Fallout

Mission: Impossible - Fallout

Sensacyjny Od lat: 15 147 min

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do „Mission: Impossible - Fallout” [RECENZJA]

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.