Newsy

"Miłość po francusku": komedia po mistrzowsku

Na lekkość filmu, a tym samym przyjemność czerpaną z jego oglądania, składa się to, za co francuskie kino lubimy najbardziej.

Komedia romantyczna to gatunek, który w ostatnich latach przeszedł niezwykle ciekawą transformację. Początkowo mając do zaproponowania jedynie egzaltowane filmy o miłości, teraz zamienił je w inteligentne kino, które obśmiewa samo siebie. Owoce tej przemiany zbieramy cały czas w Hollywood i we Francji, drugim najżywszym ośrodku produkującym tego typu filmu. „Miłość po francusku" jest kolejnym z nich.


To, co odróżnia film Davida Moreau od innych obrazów w tej konwencji, jest odważniejsze spojrzenie na kwestię różnicy wieku pomiędzy partnerami. Bohaterka „Miłości po francusku" jest dobrze sytuowaną redaktorką magazynu o modzie, która jest tak przepracowana, że na życie osobiste brakuje jej czasu (swoją drogą, już za takie przedstawienie dziennikarskiego fachu w czasach kryzysu, film powinien sobie zyskać przychylność większości krytyków). Bycie singlem nie jest jednak dobrze widziane w tym środowisku, o czym Alice przekonuje się, kiedy przez przypadek stanie się bohaterką famy. Plotka mówi, że wyrwała urodziwego młodziana - odtąd jej towarzyskie i zawodowe akcje idą w górą. Kobieta postanawia wykorzystać hossę. Aranżuje więc związek z młodzianem i czaruje otoczenie swoim uczuciowym szczęściem. No ale, jak to w takich przypadkach bywa, aranżacja szybko upomina się o urzeczywistnienie.


Na lekkość tego filmu, a tym samym przyjemność czerpaną z jego oglądania, składa się to, za co francuskie kino lubimy najbardziej. Są tu i zabawne gagi, i dużo humoru słownego. Francuscy aktorzy cedzą słowa przez zęby w sposób typowy dla ich narodu: są wyszczekani, uszczypliwi i emocjonalnie zaangażowani w dyskusję. Dzięki bogatej stronie werbalnej filmu i zdolnej parze odtwórców głównych ról (Virginia Efira i Pierre Niney) opowieść okazuje się angażująca, wartka i zabawna.


To zaskakujące o tyle, że filmy Mareau do tej pory znane były z cech dokładnie odwrotnych. Jego „Oni" i późniejsze „Oko" zdążyły już zaklasyfikować go jako marnego twórcę o mizernym talencie. A tu proszę: wystarczyło sięgnąć po temat lżejszy, a sukces od razu okazał się na wyciągnięcie ręki.

 

[Artur Zaborski]

Recenzja ze Stopklatki

Obrazek - wiecej na Stopklatka_ikonka.png