Newsy

„Marsjanin”: Robinsonada, czyli Matt w mackach Marsa

Kilka wątków na temat samotności, o które boisz się zapytać.

Potrzeba matką wynalazku. Wiedział o tym powieściowy Robinson Cruzoe, wiedział Tom Hanks poza światem, wiedział  Kevin sam w domu. Czy Matt Damon – już drugi raz w ciągu ostatniego roku (patrz: „Interstellar”) pozostawiony w kosmosie na pastwę losu – sprosta wyzwaniom postawionym przez wielkich poprzedników?


Matt na obcym lądzie, czyli kilka wskazówek na temat samotności, które rozświetlą wam mrok.


Nigdy nie próbuj samobójstwa przez powieszenie, zanim sprawdzisz czy gałąź wytrzyma twój ciężar. Nie wiadomo, kto wymyślił tę genialną w swym pragmatyzmie zasadę, wiadomo jednak, kto ją spopularyzował.  Chad Noland (w tej roli wspaniały Tom Hanks), zaawansowany logistyk globalnej firmy kurierskiej zmuszony do walki o ogień, życie i miłość ukochanej kobiety, pozostawił po sobie niezapomnianą przestrogę: sprawdź zanim użyjesz. Nawet sam akt targnięcia się na własne życie należy przetestować, by nie skończyć jak dyndająca w groteskowej pozie nad przepaścią, pozbawiona godności połamana kukła. Dla człowieka z takim doświadczeniem i na takiej pozycji test to konieczność nie znosząca sprzeciwu; dla zwykłego śmiertelnika – wybitne dziwactwo. Gdybyśmy mieli sformułować inne aforyzmy z pogranicza filozofii i survivalu na kanwie przygód tego współczesnego Robinsona, można by zaproponować: „Przywiąż piłkę do tratwy, jeśli nie chcesz stracić przyjaciela”, „Nieważne jak mężczyzna zaczyna, ważne jak rozpala ogień”, oraz banalne acz uniwersalne „Nie poddawaj się nigdy!” Matt, a czym ty nam zaimponujesz?




Matt jak MacGyver, czyli scyzoryk jako źródło cierpień.


Nie wiemy jeszcze jakim rekwizytorium będzie dysponował Matt w mackach Marsa. Przypuszczalnie będzie to coś więcej niż łyżwa, która Hanksowi służyła za topór, lustro i dentystę. Coś więcej niż scyzoryk, zapałki, czy korkociąg. Statek kosmiczny – to może działać na wyobraźnię każdego majsterkowicza. Tym trudniej będzie mu dorównać twórcom, którzy pewien niedostatek zasobów potrafili przekształcić w prawdziwą sztukę. Góruje wśród nich James Franco, który w filmie „127 godzin” heroicznie wadzi się z materią skalną, boską i ludzką. Młody alpinista podczas samotnej wędrówki zostaje uwięziony w rozpadlinie skalnej w niedostępnych górach Utah i tym samym zmuszony do desperackiej walki o przetrwanie. Wydostać się spod kamienia – nie ma opcji. Palnąć sobie w łeb dla świętego spokoju – niepodobna. Włożyć prawą rękę do lewej kieszeni – nic z tego. Z takich i tym podobnych dylematów ulepiono film, w którym podczas tytułowych 127 godzin niefrasobliwy dotąd obieżyświat doświadcza kosmicznego problemu, przy którym astronautyczne wyzwanie Matta Damona wydaje się kaszką z mlekiem: jak wyrwać się ze szponów śmierci z pomocą scyzoryka.


One Matt show, który must go on.


Melancholia i samotność to jeden problem. Brak narzędzi ułatwiających przetrwanie w beznadziejnej sytuacji – to problem drugi. Jak jednak poradzić sobie z wyzwaniem innego rodzaju – wyzwaniem zawodowym? Oto zapowiada się, że przez większość czasu ekranowego Matt Damon będzie na ekranie sam. Galaktyczne osamotnienie musi mieć przecież odzwierciedlenie na ekranie. Nie widzieliśmy jeszcze filmu, ale można przypuszczać, że nikt nie skradnie mu jego one-man-show. W którym trzeba pokazać klasę, świeżość i talent. Niby nie można odmówić ich komuś, kto wcielał się w role Jasona Bourne’a, szeregowca Ryana, czy „Buntownika z wyboru”. Pytanie, czy nie mając tak znakomitych ekranowych partnerów jak Franka Potente, Tom Hanks czy Robin Williams będzie w stanie wykrzesać z siebie  na tyle ekranowej charyzmy, by dorównać – rzucam pierwszy z brzegu przykład – Tomowi Hardy’emu. Brytyjczyk sztukę filmowego monodramu doprowadził do doskonałości w hipnotyzującym „Locke”. Towarzysząca mu nieprzerwanie kamera w żadnym stopniu nie spowalnia akcji, nie rozwadnia wątków, nie powoduje znużenia. Hardy gra powściągliwie, ale wyraziście, potwierdzając klasę wrażliwego osiłka, mogącego zagrać praktycznie każdą rolę. Czego kolejnym przykładem jest wchodzący właśnie na ekrany „Legend”.



„Goń się Armstrong” – zapowiada buńczucznie Mark Watney w zwiastunie „Marsjanina”, adresując to oczywiście do pierwszego człowieka na księżycu. Jeśli to samo chce nam powiedzieć Ridley Scott w kontekście porównań, na które skazany jest dziś jego film, to możemy chyba spodziewać się naprawdę dużo. Czego wam i sobie życzę.

 

Radek Tomasik 

Marsjanin

Marsjanin

Akcja Science-Fiction Od lat: 13 141 min

Więcej o filmie
Marsjanin 2D

Marsjanin 2D

Akcja Science-Fiction Od lat: 13 141 min

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do „Marsjanin”: Robinsonada, czyli Matt w mackach Marsa

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.