Newsy

Łowca i Królowa Lodu: Chodź, opowiem ci bajeczkę

Gdyby Bracia Grimm żyli w dzisiejszych czasach, byliby z pewnością gwiazdami Hollywood. Choć na dobra sprawę i tak nimi są – fabryka snów niemal co roku oddaje im należne pośmiertne honory.

Najnowsza wariacja nt. baśni o Królewnie Śnieżce, czyli „Łowca i Królowa Lodu”, już teraz wzbudza należne jej podniecenie. Nic dziwnego – trudno wyobrazić sobie bardziej seksowny czworokąt niż obsada filmu o królowej owładniętej obsesją piękna. Charlize Theron, Emily Blunt i Jessica Chastain rozpalają wyobraźnię mężczyzn w nie mniejszym stopniu niż Chris Hermsworth – kobiet. Naturalny kontekst seksualny nie jest tu zresztą niczym nowym. Zarówno seksualność, jak i przemoc czy okrucieństwo były obecne w spisywanych przez Grimmów, Andersena czy Perraulta podaniach. Współczesne kino czyni z nich dodatkową atrakcję, skutecznie przyciągając do kin widzów złaknionych mocnych wrażeń.

Była sobie Baba Jaga…
Wiedźmy w ostatnich filmowych interpretacjach baśni są zjawiskowe. Poza Theron, która niepodzielnie królowała na ekranie w „Królewnie Śnieżce i Łowcy” oraz Blunt, która będzie jej towarzyszyć w najnowszym filmie, w role różnej proweniencji czarownic, złych wróżek i nienawistnych macoch wcielały się w ostatnich latach Julia Roberts („Królewna Śnieżka”), Angelina Jolie („Czarownica”) oraz Cate Blanchet („Kopciuszek”). Najpiękniejsze aktorki świata udowadniały tym samym, że zło często kryje się pod powłoką najurodziwszego ciała. Tak naprawdę tylko Meryl Streep w „Tajemnicach lasu” jest ucharakteryzowana na wiedźmę, jaką znamy z wypracowanych w dzieciństwie wyobrażeń o „zwisającej wardze i haczykowatym nosie” (za: „Piórko Finista…”).


Motywacje filmowej Baby Jagi często bywają nieoczywiste. Współczesne kino chce jej oddać głos jako postaci do tej pory niemej – oraz jako kobiecie. Zbieżność nieprzypadkowa. Skąd wzięło się okrucieństwo wiedźm? Czy zawsze były tak bezwzględne? Co poróżniło je ze światem? Najpełniejszą, pop-feministyczną odpowiedź daje Angelina Jolie. Żadne zło nie bierze się z niczego, a archetyp złej macochy (tudzież matki chrzestnej) nie jest pokłosiem demonicznej sił – jest wynikiem zdrady, gwałtu i ludzkiej niegodziwości, jakich doświadczyły czarownice nim poznaliśmy je jako postrach małych dzieci.


Była sobie raz królewna…  
Na antypodach zła reprezentowanego przez wiedźmy znajdujemy zazwyczaj łagodne i nieświadome czyhających nań niebezpieczeństw pannice.  W wersjach filmowych różnie z tym bywa. Królewna Śnieżka może być bezbronna jak Lilly Collins i wojownicza jak Kristen Stewart. Ikoną łagodności jest Lily James w „Kopciuszku” Kennetha Branagha, który jako jeden z niewielu zdecydował się na wierną ekranizację, nie mącąc wymowy oryginału odniesieniami do współczesności. Podobnie urocza i bezpretensjonalna jest Aurora (Elle Fanning), której udaje się w „Czarownicy” uwiarygodnić przepiękną relację z matką chrzestną. Typ bezbronnego dziewczęcia uosabia też Czerwony Kapturek. Jakkolwiek moda na nowe odczytania baśni trwa raptem od kilku lat, Kapturek rozpala fantazje filmowców od dawna. Przykładem może być „Towarzystwo wilków” – film, w którym klasyczną bajkę opowiedziano w konwencji horroru.


Podobne próby podejmowano, z mizernym niestety efektem, w „Dziewczynie w czerwonej pelerynie”. Błękitnooka i pełnousta Amanda Seyfried hasa tu sama po lesie szczując wilkołaki jędrną kibicią w zwiewnym czerwonym palcie i próbując zwabić do kin nastolatki rozkochane w wampirach ze „Zmierzchu”. Ciekawą wersję tej postaci odnajdziemy w „Tajemnicach Lasu” – pyskaty Czerwony Kapturek w wykonaniu Lilli Crowford jest niczym młodsze siostra Teenage Negasonic Warhead z „Deadpoola” (nastoletniej mutantki, której wybuchy gniewu mogą wywołać prawdziwy kataklizm).


Bajka była nie dla dzieci…
Ciekawą wariacją na temat Alicji w Krainie Czarów jest „Labirynt Fauna”. To jedna z pierwszych baśni filmowych, które – nie licząc filmów Tima Burtona – w bezpośredni sposób przywołują okrucieństwo i przemoc. Warto przypomnieć, że mimo swego rodzaju familijnej „polerki” jaką dały temu gatunkowi ekranizacje Disneya, w swych oryginalnych wersjach baśnie są pełne brutalności. Były wszakże drogowskazami w czasach, gdy prawa człowieka nie były rozpowszechnionym dobrem, a jedzenie dzieci na kolację było łatwiejsze do wyobrażenia. Oglądając „Jeźdźca bez głowy”, czy „Nieustraszonych braci  Grimm” mamy wątpliwości, czy obcujemy z baśnią, horrorem czy jakimś nowym gatunkiem na pograniczu makabreski i komedii, nie mamy jednak złudzeń, że raczej nie są to filmy dla małych dzieci.



Granicznym osiągnięciem baśniowego kina głównego nurtu w kategorii „R” jest „Hansel i Gretel: Łowcy Czarownic” – cudowna realizacja exploitation w wersji „za górami, za lasami”. Krew i trzewia z siłą wodospadu tryskają tu na wszystkie strony, a mięso armatnie z wydatną pomocą bazuki i innych sprzętów do eksterminacji potworów, użyźnia glebę w zasięgu wzroku i strzału Jasia i Małgosi. To kino zemsty w wydaniu hardcore, z którego bracia Grimm pewnie byliby dumni. Choć niewykluczone, że swojego autorstwa by w nim nie rozpoznali.