Newsy

Legion samobójców: Parszywa jedenastka, czyli nie samą cnotą kino żyje

Czy może być coś bardziej nieoryginalnego niż skompletowanie bandy niedopasowanych oryginałów i powierzenie im niebezpiecznej misji? Podołać temu może tylko dobry coach. Znaczy trener.

Zamach na Hitlera, ratowanie Śródziemia, ocalenie japońskiej / meksykańskiej wioski, poszukiwania Jamesa Francisa Ryana czy może zwycięstwo w lidze baseballowej? Takich historii w kinie – do koloru do wyboru. Tym razem jednak swój brutalny Moneyball rozegra David Ayer – i z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można powiedzieć, że jego film wpisze się w kanon filmowych dyscyplin zespołowych.


Tylko część drużyn to zgrane paki. Gimli i Legolas nie od początku pałają do siebie sympatią. A pamiętacie animozje w amerykańskiej reprezentacji karate, dla której tytułowy eufemizm „Najlepsi z najlepszych” jest przesłodzoną laurką? Nie mówiąc już o osławionych mętach społecznych z „Parszywej dwunastki” – już samo patrzenie na zniszczoną gębę Donalda Sutherlanda powoduje tyranie trzewi. W tej tradycji utrzymany jest też udany i przezabawny pastisz kina nowej przygody, czyli niedawni „Strażnicy galaktyki”, gdzie znerwicowany szop gadający głosem Bradleya Coopera nie jest największą z osobliwości. Nie inaczej jest w hicie przedwiośnia – Polacy, nie ustępując miejsca innym nacjom, pokochali Deadpoola, zaś miłość ta nie byłaby możliwa, gdyby banda różnej maści degeneratów i oryginałów nie pomogła najbardziej niepoprawnemu bohaterowi Marvela utrzymać się przy życiu.


Zło jest fotogeniczne, to oczywista oczywistość, zaś David Ayer nie jest pierwszym, który będzie dla kina odkrywał jego nowe (?) kształty i powierzchnie. Czy okaże się przewodnikiem, który wprowadzi nas w nieznany dotąd krąg piekła?
Ze świecą szukać reżysera z takim kredytem zaufania u widzów. Co film, to nowe spojrzenie na zgrany temat.  „Dzień próby” – odbrązowienie i demistyfikacja pokutującej w kryminałach kliszy o gliniarzach – partnerach. Że rozbijają się po mieście tą samą furą i jadają w tych samych obleśnych naleśnikarniach to nie powód by zawsze odgrywali Mela Gibsona i Danny’ego Glovera. „Bogowie ulicy” –  na odwrót: to znakomity policyjny thriller pokazujący od kuchni pracę mundurowych i obrazujący nowoczesny odłam obywatelskiego patriotyzmu – uosobionego w postawie odważnych, bezkompromisowych i zdolnych do najwyższych poświęceń policjantów. „Furia” – dawno nie było w kinach tak doskonałego filmu wojennego, któremu może nieco brakuje do „Szeregowca Ryana”, jednak podobnie jak w filmie Spielberga, wybrzmiewa tu z najwyższą mocą siła solidarności członków zespołu. Przy wszystkich tych reżyserskich cnotach, Ayer jest prawdziwym mistrzem suspensu. Obrazują to dziesiątki scen, w których reżyser trzyma serce widza w otwartej dłoni i powoli, bez litości zaciska uchwyt niemal do utraty krążenia. Przykład? Scena pojedynku z niemieckim „Tygrysem” – sekwencja walki czołgów w „Furii” to jedna z lepiej nakręconych scen batalistycznych w całej historii kina wojennego.   



Wszystko to nakazuje przypuszczać, że zbliżający się wielkimi krokami „Legion Samobójców” dopisze nowe karty do klasyki kina kreowanego przez złe, dziwne i ekscytujące indywidua, zaś David Ayer potwierdzi swój status mistrza gry gatunkami.  Czy będzie jak Brad Pitt dla niekochanych dzieci baseballu, jak Kapitan John Miller dla ocaleńców z Plaży Omaha, jak Adam Nawałka dla Orłów, Lee Marvin dla kryminalistów, Yull Brynner dla rewolwerowców, Takashi Shimura dla roninów czy – last but not least – James Earl Jones dla karateków? Przekonacie się już 5 sierpnia.


Legion samobójców

Legion samobójców

Akcja Science-Fiction Od lat: 12 122 min

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do Legion samobójców: Parszywa jedenastka, czyli nie samą cnotą kino żyje

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.