Recenzje

„Król Lew” [RECENZJA]

Lwie sprawki.

Technologiczne arcydzieło i nostalgiczny powrót do dziecięcych lat – nowy „Król Lew” potrafi solidnie wzruszyć.
 
Bezkresny afrykański horyzont. Nad sawanną wschodzi krwistoczerwone słońce zwiastujące kolejny dzień w nieskończonym kręgu życia. Zwierzęta ruszają w podróż, by przywitać swojego nowego władcę. A widzowie ruszą do kina, by sprawdzić, czy nowy „Król Lew” wzbudzi w nich takie same emocje, jak animowany oryginał ćwierć wieku temu. Komputerowy fotorealizm kontra tradycyjna animacja, idealistyczne wspomnienia w starciu z kinową rzeczywistością – najnowszy film Disneya z pewnością wywoła wiele kontrowersji. Jak zwykle wszystko sprowadza się do odpowiedniego podejścia. Uważajcie, bo to nie jest Wasz stary, dobry „Król Lew” – to jednocześnie popis możliwości technologicznych oraz fascynujące kino przyrodnicze, w którym jakimś cudem zwierzaki nie tylko mówią, ale i śpiewają.
 
Twórcy nowych wersji „Aladyna” czy „Pięknej i Bestii” traktowali materiał źródłowy jako punkt wyjścia i dość swobodnie dodawali i usuwali kolejne sceny nierzadko znacząco oddalając się od pierwotnej wizji. W przyszłym roku odmieniony nie do poznania „Mulan” obejdzie się bez piosenek i elementów fantastycznych podążając drogą wojennego melodramatu. Disney wciąż eksperymentuje z odświeżaniem swojego klasycznego repertuaru - chyba że akurat ma do czynienia z najbardziej kasowym filmem animowanym wszech czasów. „Król Lew” to dla wielu widzów symbol ich dzieciństwa i najukochańszy film z ery młodzieńczej beztroski. Nie lubimy, gdy ktoś miesza nam we wspomnieniach. W takim przypadku Disney postawił na remake absolutny ograniczając zmiany do minimum, za to podkręcając na maksa jakość komputerowej grafiki. Efekt finalny jest… interesujący.
 
„Król Lew” robi ogromne wrażenie pod względem technologicznym. Kultowa czołówka w nowej wersji jest imponującym dowodem na przekroczenie kolejnych granic komputerowej animacji. To niemal film w filmie, zamknięta całość przedstawiająca zwierzęce rytuały w formie przyrodniczego dokumentu. Tylko kto to widział, by dokument aż tak wyciskał łzy z człowieka? Później jest podobnie i tylko rozmawiający albo śpiewający bohaterowie przypominają nam, że nie mamy do czynienia z produkcją National Geographic. Oryginalnego „Króla Lwa” znam na pamięć i sprawiało mi niezwykłą frajdę oglądanie, jak kultowe sceny ożywają na nowo w hiperrealistycznej wersji. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że z powodu takiego podejścia pozbawiono nas widoku maszerującej armii hien albo slapstickowej, pełnej kolorów ucieczki Simby i Nali przed Zazu. Coś za coś.
 
Wraz z pojawieniem się na ekranie Timona i Pumby film nabiera nieco tempa. Surykatka i guziec zdają się podejrzewać, że są bohaterami nowej odsłony, więc ich dialogi aż iskrzą od odniesień i żartów słownych. Maciej Stuhr idealnie odnajduje się w roli Timona godnie zastępując nieśmiertelną kreację Krzysztofa Tyńca. Czuć energię, która później znów gdzieś ulatuje zostawiając nas z pięknie wyglądającym, dopracowanych w każdym calu dokumentem o gadających zwierzakach. Kto wie, może Disney powinien był dać twórcom nieco więcej swobody? Pozwolić na odrobinę szaleństwa, zmianę niektórych wątków, wprowadzenie dodatkowych postaci? Tylko czy wtedy nie marudzilibyśmy na zmiany w naszej ulubionej bajce?
 
Tegoroczny „Król Lew” najlepiej sprawdza się najpierw jako arcyciekawy eksperyment filmowy, a później jako świetne kino familijne, na którym zarówno dzieciaki nieznające oryginału, jak i upojeni błogą nostalgią dorośli będą się świetnie bawić. Ja jestem starym wiarusem, który płakał po Mufasie w ciemnej sali kinowej, w listopadzie 1994 roku, ale dla najmłodszego pokolenia to nowy „Król Lew” może stać się ukochanym władcą bajek.
 
Zodiakalnym Lwem jest
Piotr Olczyk


Król Lew

Król Lew

Familijny Przygodowy Od lat: 6 118 min

Więcej o filmie ZAREZERWUJ/KUP BILET
Komentarze

Dodaj swój komentarz do „Król Lew” [RECENZJA]

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.