Newsy

Kim jest facet, który złamał tabu mówienia o porno?

Grałem już mądrych dzieciaków, słodkich kolegów z sąsiedztwa, uroczych gości i straumatyzowanych młodzieńców. Nigdy jednak nie przypadło mi w udziale wystąpić w roli najseksowniejszego chłopaka na sali – wyznał Joseph Gordon-Levitt. Wyreżyserowanym przez siebie "Don Jonie" uzupełnił ten brak. Wcielił się we współczesną wersję Don Juana.

ntelektualista, do tego strasznie poważny – tak Zooey Deschanel wspomina Josepha Gordona-Levitta z czasów ich pierwszego w życiu spotkania. Był 2001 rok. On miał 20 lat i właśnie rzucił studia aktorskie. Chciał przenieść się na Columbia University, aby czytać francuską poezję i zajmować się historią tego kraju. Deschanel też rzuciła wtedy naukę, z mocnym planem zostania aktorką. Miała za sobą mikro epizod w "U progu sławy" i jeszcze ze dwa, trzy błyski na ekranie na koncie. Przy niej Gordon-Levitt był już prawdziwym weteranem, z ponad dekadą spędzoną w branży filmowej i telewizyjnej. Mimo pokaźnego dorobku, nie do końca był pewien, czy dobrze wybrał. Wspólny występ z Deschanel w filmie "W głąb siebie" (2001) Jordana Melameda nie miał być jeszcze tym przełomem, który rozwiałby jego wątpliwości. Przynajmniej tak wydawało się samemu aktorowi.


Długowłosy dzieciak

Zanim dostał rolę w "W głąb siebie", przeżył kryzys. Wcześniej jego życie było pasmem propozycji. Z powodzeniem grywał w serialach, wpadały mu niemałe występy w mniej lub bardziej udanych filmach ("Rzeka życia" Roberta Redforda, "Anioły na boisku" Williama Deara, "Halloween-20 lat później" Steve'a Minera), a jego urok osobisty z wiekiem tylko rósł odkrywając coraz większym potencjał aktora. Josephowi wydawało się jednak, że dobra passa miała się ku końcowi. Propozycje nie przychodziły już tak często. W "Zakochanej złośnicy" Gila Jungera zlał się z podobnym do niego wówczas wręcz nieprzyzwoicie Heathem Ledgerem. Na castingach najczęściej witano go wkurzającym niedowierzaniem: "To ty grałeś tego długowłosego dzieciaka w "Trzeciej planecie od słońca"? Miał uwierające wrażenie, że stoi w miejscu i być może w tym zawodzie dalej już nie pójdzie.

Obrazek - Don Jon

 

O "W głąb siebie" mówi się, że to film który zrobił najlepszy użytek z piękna oczu Gordona-Levitta. Fabuła z mikrobudżetem, nakręcona kamerą z ręki, z akcją osadzoną w środowisku młodocianych przęstępców okazała się jednak prorocza z innego powodu. Wytyczyła linię charakteru, po której da się przeprowadzić także następne wcielenia aktora. Od tego momentu, Gordon-Levitt odnajdował się głównie w rolach straumatyzowanych młodych ludzi, poranionych przez los życiowych rozbitków, zamkniętych w sobie, skonflikowanych chłopców. Nawet jeśli taka postać przewijała się w filmie czysto rozrywkowym, w interpretacji Josepha zawsze nosiła w sobie coś poważnego i mrocznego. Tacy byli bohaterowie grani przez niego w "Złym dotyku" Gregga Arakiego, "Kto ją zabił?" Riana Johnsona, "Spustoszeniu" Barbary Kopple czy "Stop-Loss" Kimberly Peirce. Dopiero takiej wiązanki emocji Gordon-Levitt potrzebował by pokochać na nowo swój zawód.

 

Wojownik ze złamanym sercem


Wszystkie te mroczne wcielenia stały się dla niego wartością niezwykłą na dalszej drodze kariery. Oczywiście, bardzo podoba mi się zawód, który uprawiam. Idę do pracy i przez parę godzin mogą flirtować z kamerą, uwodzić ją. Parę ostatnich filmów, które zrobiłem, pozwoliło mi jednak spojrzeć przenikliwiej także na beztroskie, komediowe postacie. Dawniej grywałem ludzi przepełnionych bólem, toczących wewnętrzną walkę. Teraz nie dostrzegam wielkiej różnicy między straumatyzowanym żołnierzem wracającym z Iraku i chłopcem, któremu dziewczyna złamała serce. Każdy z nich cierpi. To, że kiedyś zagrałem tego żołnierza pozwala mi późniejszego chłopca, bohatera komedii, odtworzyć z większą wiarygodnością. On przecież też się boi, tylko czego innego: miłosnego odrzucenia albo załamania serca po raz kolejny – mówił aktor o roli w drugim, po "Kto ją zabił?", najważniejszym filmie w swojej karierze.


Obrazek - Looper

O ile bowiem klimatyczny thriller w reżyserii Riana Johnsona pozwolił światu zauważyć w nim wszechstronnego aktora o głębokiej osobowości, o tyle "500 dni miłości" uczyniły z niego gwiazdę zupełnie innego gatunku kina. Marc Webb nakręcił komedię daleką od sztampy, a Joseph odnalazł w swoim bohaterze romantyka, który ma swoje siniaki na duszy. "Nigdy nie zależało mi na robieniu samych poważnych, mrocznych filmów. Ja po prostu chcę robić filmy dobre. A prawda jest taka, że wśród komedii znalezienie projektu dobrego jest dużo trudniejsze. Komedie są cięższe do zrealizowania. Wymagają więcej specyficznych umiejętności, których w dramacie zupełnie nie potrzeba. Ktoś, kto nigdy nie grał w filmie może dać świetny dramatyczny występ jeśli tylko zapomni o obecności kamery i będzie czuł się naturalnie na planie. Tego samego nie da się zrobić z komedią. Do niej trzeba dużo więcej ćwiczyć i być o wiele bardziej precyzyjnym" – przyznawał aktor, który w swojej pracy inspiruje się takimi właśnie kameleonami, artystami na granicy powagi i groteski: Peterem Sellersem, Garym Oldmanem czy Geną Rowlands. Dla mnie największym komplementem, jaki aktor może usłyszeć jest: stary, w ogóle cię w tym filmie nie poznałem. Dlatego staram się, żeby mojej postacie były od siebie bardzo różne, żeby różniły się choćby wizualnie. Więc tak, "Hesher" jest kompletnie inny niż w "500 dni miłości" i to właśnie tworzy dla mnie całą pikanterię tego zawodu – mówił.

 


Ponad historię


Sploty sprzeczności w ogóle są tym, co napędza karierę Gordona-Levitta. Ambitne rzeczy sąsiadują z popcornowymi hitami ("G.I.Joe: Czas kobry" Stephena Sommersa), komediowe wcielenia są przesiąknięte osobistymi dramatami, a groteskowym postaciom zdarza się zdradzać intelektualny wymiar swojej osobowości. Próbując sprostać tej różnorodności dorobku aktora, Gordona-Levitta nazwano kiedyś Fredem Astairem ukrytym w ciele rozdartego emocjonalnie intelektualisty. Człowiekiem, z którym można podbijać zarówno parkiety, jak i bilioteki. "To bardzo błyskotliwy człowiek" – mówił o nim Christopher Nolan. "Potrafi prowadzić niezwykle elokwentną dyskusję. Płynnie porusza się między regułami buddyzmu, linijkami z francuskich poetów i refleksjami z filmów Federico Felliniego. Jego intelektualizm ma jednak w sobie beztroski, chłopięcy urok. On nigdy nie traci entuzjazmu, takiego prawdziwego, szczerego entuzjazmu, którym zaraża wszystkich dookoła. Zachowuje się tak, jakby wiecznie miał dziesięć lat i zwyczajne otoczenie robiło na nim wciąż wrażenie, wywołując podniecenie i ciekawość. Chciałbym umieć powoływać to do życia w takim stopniu, jak on to potrafi" – dodawał twórca "Incepcji".

 

Obrazek - Incepcja


Gdy Nolan marzy, aby być jak Joseph, Gordon-Levitt chciałby być jak Nolan. Choć jak twierdzi, reżyserem nie został z nienasycenia. W ostatnich latach nie mógł narzekać na możliwość zmiany własnego wizerunku na ekranie. "Looperze" Riana Jonsona dosłownie nosi inną twarz, w "Hesherze" Spencera Sussera przeobraził się w heavy metalową wersję Mary Poppins. "Za każdym razem staram się wybierać postać możliwie najdalszą ode mnie samego" – przyznawał. Ale największe wyzwanie ostatnich lat rzucił sobie sam, obsadzając się w głównej roli w "Don Jon".

Jak pisaliśmy w naszej recenzji filmu, "za cel nowo upieczony scenarzysta i reżyser postawił sobie pokazanie, że pornografia wypacza nasze myślenie o seksie i miłości w równym stopniu, co...hollywoodzkie komedie romantyczne. Jego bohater, tytułowy Jon, zwany Donem ksywkę zawdzięcza najsłynniejszemu uwodzicielowi w historii. Barman, podrywacz, praktykujący katolik i family-guy (co niedziela stawia się obowiązkowo na obiedzie u rodziców - w roli ojca genialny Tony Danza), fan siłowni i kobiet, ale nade wszystko: dostępnych online filmów erotycznych. Dziewczyny podrywa na pęczki, ale seks z nimi nie jest mu w stanie przynieść nawet fragmentu satysfakcji, którą daje mu oglądanie porno w sieci.

"

To postać, w której nie ma nadziei. On jest po prostu dupkiem – przyznaje Gordon-Levitt. Myślę, że każdy człowiek ma w sobie coś dobrego. To film o kolesiu, który, gdy go spotykamy jest zupełnym kretynem, ale pod koniec filmu widać, że stara się przebić przez wytworzoną przez skorupę własnych słabości. Dostrzegam dla niego światełko w tunelu – mówił aktor, który coraz śmielej i częściej myśli o siadaniu na stołku reżysera. Marzy mu robienie kina podobnego dziełom Johna Cassavetesa albo filmom w stylu "Blue Valentine" Dereka Cianfrance'a. "Może pewnego dnia będę robił filmy choć w połowie tak dobre jak te. Chciałbym umieć wybić się ponad historię, ponad filmowe opowiadanie, dotknąć swoimi filmami czegoś więcej. Tak, jak czynią to bracia Coen, Christopher Nolan, Quentin Tarantino czy Paul Thomas Anderson. Mam nadzieję, że kiedyś doskoczę do ustawionej, przez nich poprzeczki" – wyznawał Joseph Gordon-Levitt.


[Urszula Lipińska]

News ze Stopklatki

Obrazek - wiecej na Stopklatka_ikonka.png

Don Jon

Don Jon

Komedia Od lat: 15 91 min

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do Kim jest facet, który złamał tabu mówienia o porno?

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.