Recenzje

„Ikar. Legenda Mietka Kosza” [RECENZJA]

Starannie zaplanowana improwizacja.

„Zapomnij o klawiszach i po prostu graj”, poradzono młodemu Mietkowi Koszowi. Za to ja, podczas oglądania najnowszego dzieła Macieja Pieprzycy „Ikar. Legenda Mietka Kosza”, miejscami zapominałem, że oglądam film. Zapadałem całkowicie w toń tej zręcznej, kinowej improwizacji, w której jazzowy montaż i wirtuozerska reżyseria zdają się wręcz krzyczeć z ekranu: „Ludzie! Jakżeście mogli zapomnieć o tym muzycznym geniuszu”? Sypię głowę popiołem, bo wychodzi na to, że dosłownie marny ze mnie grajek (pozdro dla kumatych!), skoro wcześniej nie miałem pojęcia, że niegdyś po naszej ziemi chodził człowiek obdarzony tak wielkim talentem. Z pewnością wielu jest takich jak ja, ale po premierze filmu Pieprzycy podobnych ignorantów powinno być nieco mniej.

Och... Wy też wcześniej nie znaliście Mietka Kosza? W takim razie szybka nota biograficzna: urodzony w 1944 roku we wsi Antoniówka, stracił wzrok w młodym wieku, ale za to rozwinął słuch i zasmakował w pianistyce jazzowej, za co nagradzano go na wielu konkursach oraz porównywano do samego maestro Billa Evansa – choć w rzeczywistości był na wskroś słowiański, więc bliżej mu raczej do innego rodzimego nieodżałowanego geniusza, czyli Krzysztofa Komedy. W 1973 roku Mieczysław Kosz zginął śmiercią tragiczną wypadając z okna swojego mieszkania w Warszawie. Dał się zapamiętać jako postać na poły mityczna, choć jego dorobek to zaledwie jedna pełnoprawna płyta. Nie dziwi więc, że Maciej Pieprzyca postanowił opowiedzieć nam legendę o tajemniczym muzyku…

Autor „Chce się żyć” bardzo swobodnie potraktował życiorys Mietka Kosza. Film tylko inspiruje się prawdziwymi wydarzeniami, a większość osób wokół pianisty to fikcyjne postacie, echa prawdziwych ludzi, z którymi współpracował. Pieprzyca podobny zabieg zastosował w „Jestem mordercą” – tam też realne zdarzenia zostały potraktowane jako punkt wyjścia do rozważań na temat zła drzemiącego w każdym z nas. „Ikar. Legenda Mietka Kosza” czerpie masę inspiracji także ze wspomnianego w tytule mitu. Utrata wzroku spowodowana dziedziczną wadą jest – niczym skrzydła podarowane Ikarowi przez Dedala – jednocześnie cudem i przekleństwem. Muzyka potrafi wznieść grającego na wyżyny, z których czasem trudno wrócić na ziemię. Wielokrotnie widzimy, że Mietek jest o krok od spalenia. Im wyżej wzlatuje, niesiony swoim geniuszem, tym bliżej jest porażki, która roztopi jego życie w ułamku sekundy.

Pieprzyca zręcznie lawiruje między planami czasowymi. To nie jest typowa chronologicznie opowiedziana biografia. Siedzimy niejako w głowie pianisty, korzystamy z jego wyostrzonego słuchu oraz skaczemy po wspomnieniach. Całość jawi się jak coś na kształt wspomnianej już wyżej przeze mnie jazzowej improwizacji, w której twórcy nie interesują sztywne ramy, ale raczej wychodzenie poza standardowe zagrywki. Bez wątpienia najlepsza jest pierwsza połowa filmu, energetycznie zmontowana, wybornie udźwiękowiona, zagrana i napisana. Później także jest świetnie, ale gdy Mietek zaczyna pić, to szwankuje nie tylko jego geniusz, ale także troszeczkę sam film. Robi się po prostu… bardzo sztampowo. Aczkolwiek doskonale współgra to z wydarzeniami na ekranie i kto wie, może właśnie taki był zamysł twórców? W końcu nadmierna konsumpcja alkoholu otumania pijącego i zamienia jego życie w serię powtarzalnych czynności.

Nie sposób pisać o „Ikarze. Legendzie Mietka Kosza” bez wspomnienia o genialnej tytułowej roli Dawida Ogrodnika. Aktor po raz kolejny udowodnił, że nie ma sobie równych w portretowaniu złożonych postaci zmagających się z ograniczeniami ciała i umysłu. Nie szarżuje na ekranie, jak robił to chociażby w „Ostatniej rodzinie”. Tam jego kreacja balansowała na granicy przesady, tutaj nie ma ani jednej fałszywej nuty. Trudno, będąc osobą widzącą, sportretować niewidomego, a tymczasem Dawid Ogrodnik poradził sobie doprawdy wyśmienicie. Świetną robotę zrobił także drugi plan. Cyprian Grabowski w roli młodego Mietka to młodziutki aktorski diament. Piotr Adamczyk dobrze oddaje zazdrość kolegi po fachu, Mikołaj Chroboczek wprowadza dużo uroczego komizmu, a Wiktoria Gorodeckaja i Justyna Wasilewska, wcielające się w obiekty uczuć Mietka, to na szczęście postacie z krwi i kości, a nie tylko chodzące stereotypy.

„Ikar. Legenda Mietka Kosza” wrócił z 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni ze Srebrnym Lwem za najlepszy film oraz sześcioma Złotymi Lwami. Nagrodzono rolę Dawida Ogrodnika, charakteryzację, kostiumy, świetną muzykę Leszka Możdżera i nawet chyba jeszcze lepsze zdjęcia Witolda Płóciennika. Był to także najdłużej oklaskiwany film festiwalu. Nie ma czemu się dziwić – to bardzo dobra polska produkcja, która umiejętnie łączy kino popularne z artyzmem. Ten film po prostu wpada w ucho… No i w oko!

Ocena:
8/10


Jazzu nie słucha, ale szanuje
Piotr Olczyk