Newsy

Hotel Transylwania: Azyl dla wszystkich potworów (i widzów)

To pomysłowo zrealizowane, odpowiednio wariackie, ale nie przekraczające zbyt wielu granic kino familijne.

Ubrana w halloweenowy kostium historia o trudach dorastania, uczciwie ujęta z obu perspektyw: dziecka i rodzica. „Hotel Transylwania” to pomysłowo zrealizowane, odpowiednio wariackie, ale nie przekraczające zbyt wielu granic kino familijne.


Osiemnaste urodziny to prawny – i symboliczny - początek dorosłości. Oraz doskonały argument w dyskusji z rodzicami, którym wreszcie można odparować: „wiem lepiej, w końcu jestem już DOROSŁY!”. Bohaterka „Hotelu Transylwania”, Mavis, zbliża się to tej magicznej rocznicy. Ma jednak trochę utrudnioną sytuację. Bardzo chce urwać się wreszcie z rodzicielskiej smyczy i poznawać świat. Niestety, nie tylko jest stuprocentową córeczką tatusia, który jest samotnym rodzicem z traumatyczną przeszłością. Do tego dochodzi jeszcze kolejny fakt: Mavis jest wampirzycą, mieszkającą w ogromnym, odseparowanym od świata zamku.


Hotel Transylwania – bo tak nazywa się zamczysko – to wzniesiony przez jej tatę (tak, chodzi o hrabiego Drakulę) azyl dla wszystkich potworów świata. Od wieków prześladowane przez ludzi, mogą się tam poczuć bezpiecznie i komfortowo, także dzięki dostosowanym do ich potrzeb zabiegom pielęgnacyjnym i dopasowanemu do ich nietypowych podniebień menu. Wreszcie nie muszą niczego udawać i mogą po prostu być sobą! Tym razem okazja do tłumnego spotkania jest wyjątkowa: hucznie świętowane są bowiem osiemnaste... tfu: sto osiemnaste urodziny Mavis (co wampir, to wampir...). W precyzyjnie zaplanowany (bingo, masaże i tort dżdżownicowy) harmonogram Draka wkrada się jednak element chaosu, gdy na zamku pojawia się człowiek, w którym jego córka bardzo szybko się zakochuje.


„Hotel...” to ubrana w halloweenowy kostium historia o trudach dorastania, uczciwie ujęta z obu perspektyw: dziecka i rodzica. Pomysłowo zrealizowane, odpowiednio wariackie, ale nie przekraczające zbyt wielu granic kino familijne, którego celem jest przekazanie w atrakcyjnej wizualnie formie ważnych życiowych idei. Podczas seansu wraz z bohaterami uczymy się dyskredytować łatwość, z jaką wpadamy w pułapkę stereotypu. A przecież pozory często mylą, a ocenianie kogoś po wyglądzie nie jest fair! Rodzice będą mieli okazję zastanowić się, czy nie powinni trochę bardziej zaufać swoim pociechom – te są czasami o wiele bardziej odpowiedzialne i mniej skore do szaleństw, niż im się wydaje. Dzieciaki za to mogą podczas seansu odkryć, że rodzic też człowiek. Przyswojenie tych zwykle trudno wchłanialnych w prawdziwym życiu prawd ułatwia humor, z jakim potraktowana jest opowiadana historia. W „Hotelu...” poważnemu przesłaniu akompaniują salwy śmiechu. I świetnie przetłumaczone, doskonale łapiące współczesne smaczki, bardzo chwytliwe kawałki muzyczne.


O tym, że to film, który może łączyć pokolenia, przekonałam się, gdy usiadłam w kinowym fotelu i rozejrzałam się dokoła. Po lewej siedziało małżeństwo pięćdziesięciolatków, samo – bez dzieci. Poniżej trójka dwudziestoparolatków, którzy do seansu przygotowywali się bardzo gorliwie, co szybko wyłapał mój wrażliwy na woń napojów wyskokowych nos. Po prawej tata z dwoma córkami – na oko dziesięcio- i dwunastolatką. Podczas seansu wszyscy bawili się równie dobrze (choć śmiali się w całkiem innych momentach), a dziewczynka po mojej prawicy raz na jakiś czas powtarzała: „łaaaa, tato, najlepsze to jest, normalnie – najlepsze!”. Sądzę, że polemizować z opinią eksperta byłoby po prostu niegrzecznie.


Anna Tatarska

Recenzja ze Stopklatki

Obrazek - Stopklatka-WIECEJ_30.png