Recenzje

„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” [RECENZJA]

Ostatni zachód dwóch słońc.

Moc będzie z nami – po raz ostatni. Dawno, dawno temu w odległej galaktyce pojawia się zapomniana złowroga siła. Kylo Ren, Naczelny Wódz Pierwszego Porządku, chce wykorzystać ten fakt do własnych celów. Ruch Oporu pod dowództwem generał Lei Organy szykuje się do decydującej bitwy.

„Gwiezdne wojny” uwielbiam od początku swojej świadomości. Gdy tylko nauczyłem się obsługiwać magnetowid, to co i raz oglądałem film, który wtedy znany był jako po prostu „Gwiezdne wojny”, a teraz nazywany jest „Gwiezdnymi wojnami: Częścią 4 – Nową nadzieją”. Dalej poszło już z górki, a teraz, niemal trzy dekady później, ten gwiezdny rozdział mojego życia dobiegł końca. Wybaczcie więc, ale to nie będzie wybitnie obiektywna recenzja. Zresztą kogo ja chcę oszukać – to przecież są „starłorsy”! Wiadomo, czego się po nich spodziewać. Zamknijcie tę kartę, idźcie do kina, może też – jak ja - uronicie łzę tu i ówdzie.

Jeszcze tu jesteście? Bardzo mi miło. W takim razie posłuchajcie, co mam do powiedzenia. Będzie bez spoilerów, za to z porządną dawką emocji.

Część VII, czyli „Przebudzenie Mocy” była jednocześnie przebudzeniem całej serii. Remiksem wątków z poprzednich odsłon, dziełem prezentującym nowe pokolenie galaktycznego konfliktu. Potem na ekrany wszedł „Ostatni Jedi”, tak stłamszony przez fanów, a przeze mnie uwielbiany, który zaskakiwał widzów proponując raz za razem ryzykowne, ale niezwykle satysfakcjonujące rozwiązania. Część IX, czyli „Skywalker. Odrodzenie”, to połączenie klasyki z nowoczesnością. Mamy tu zagrywki tradycyjne, uruchamiające w nas hipernapęd nostalgii, ale też radykalne pomysły, które z pewnością zirytują wielu miłośników sagi. J.J. Abrams podsumował wątki z poprzednich części i zaprezentował finał, który trudno nazwać inaczej niż satysfakcjonującym. To nie jest wybitne dzieło filmowe, to nie jest nawet najlepsza część! „Skywalker. Odrodzenie” to po prostu kosmicznie dobre zakończenie historii zapoczątkowanej dawno, dawno temu w odległym 1977 roku.

Miecze świetlne i blastery to jedno, fantazyjne planety i superszybkie środki transportu to drugie, ale „Gwiezdne wojny” nie byłyby tak kultowe, gdyby nie jej fascynujący bohaterowie i nikczemni złoczyńcy. Nowa trylogia bardzo umiejętnie wprowadziła do kanonu Rey, Finna, Poego i całą resztę. Po trzech filmach widać, jak te persony wyewoluowały z nieco papierowych archetypów do pełnokrwistych postaci. Przekomarzają się, wymieniają kąśliwe uwagi, są niemal natychmiastowo gotowi do poświęceń, popełniają błędy i kierują się sercem. Wypisz-wymaluj Luke, Han i Leia z oryginalnej trylogii. Polubiłem naszych nowych bohaterów i troszkę szkoda, że prawdopodobnie na dużym ekranie więcej ich już nie zobaczymy. Nie wiem, co planuje Disney, ale IX część to faktycznie podsumowanie wątków tytułowej rodziny i piękne pożegnanie z dziedzictwem Skywalkerów. Gdy piszę te słowa, to mam dreszcze, a na wspomnienie ostatniego kadru szklą mi się oczy. Czy może być lepsza rekomendacja?

„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” to nie tylko nostalgiczne zakończenie filmów, które wielu widzom towarzyszą od najmłodszych lat. To także wgląd w przyszłość kosmicznej serii, przed którą otwiera się teraz cała galaktyka możliwości. Odpalaj silnik, Chewbacca. Pora wyruszyć w nieznane. Mam dobre przeczucia.

Ocena
8/10


Podczas seansu wiele razy ucieszył się jak dziecko
Piotr Olczyk​
Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odrodzenie

Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odrodzenie

Familijny Przygodowy Science-Fiction Od lat: 10 142 min

Więcej o filmie ZAREZERWUJ/KUP BILET
Komentarze

Dodaj swój komentarz do „Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” [RECENZJA]

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.