Recenzje

„Gwiezdne wojny: ostatni Jedi”: Moc zaskoczeń [RECENZJA]

Saga kontratakuje.

Odważnie igrający z oczekiwaniami fanów. Zaskakujący na każdym kroku, zabawny, efektowny, emocjonujący. „Ostatni Jedi” to najlepsze, co mogło spotkać uniwersum „Gwiezdnych wojen”.

Porgi to małe słodkie stworzonka, które wyglądają jak skrzyżowanie wściekłych ptaków z kurczakami. Ale porgi bywają także nieznośnie absorbujące. Zupełnie jak mój kolega, który dawno, dawno temu w odległym 1999 roku skakał nade mną i krzyczał: „Darth Maul zostanie przecięty na pół! Darth Maul zostanie przecięty na pół!”. Premiera u nas całe wieki po światowej, więc pomimo Internetu wciąż będącego w powijakach ten hultaj jakimś cudem dostał się do informacji o sekretach „Mrocznego  widma”. Od tego momentu wystrzegam się spoilerów jak ognia, dzięki czemu kino wciąż potrafi mnie zadziwić. I wiecie co? „Ostatni Jedi” umiał zaskoczyć nawet niżej podpisanego starego wygę wychowanego na VHS-ie z „Nową nadzieją”.

„Gwiezdne wojny: przebudzenie Mocy” na nowo rozpaliły gwiezdnowojenną gorączkę, której ogień od dekady tlił się podsycany jedynie przez najzagorzalszych fanów. Czy byliście zachwyceni, czy uważaliście, że to tylko przeróbka „Nowej nadziei”, nie sposób odmówić filmowi J.J. Abramsa faktycznego, cóż, „przebudzenia Mocy”. Nowi bohaterowie, nowe przygody, stare klimaty.

Rian Johnson idzie o skok w nadświetlną dalej. Jego „Gwiezdne wojny: ostatni Jedi” na każdym kroku wyciągają dywanik spod (rozleniwionych niczym Jabba) fanów uniwersum. Nie spodziewałem się, że po tylu latach będą umiały mnie zaskoczyć te opowieści spod znaku peleryny i miecza świetlnego. Tymczasem proszę: oto ewakuowaliśmy się Sokołem Millenium ze strefy komfortu pełnej klisz i schematów. W poprzedniej części Han i Chewie cieszyli się, że nareszcie „są w domu”. Teraz Luke Skywalker mówi, że „to nie skończy się tak, jak myślisz”. I bardzo dobrze! Nie ma nic lepszego, niż odświeżenie serii, która niegdyś raz na zawsze odmieniła popkulturę.

Na polu realizacyjnym „Ostatni Jedi” podąża drogą J.J. Abramsa i Garetha Edwardsa. Z „Przebudzenia Mocy” Rian Johnson zaczerpnął analogowe podejście do efektów specjalnych i umiarkowane korzystanie z dobrodziejstw komputerów przy tworzeniu obcych światów i fantastycznych stworzeń. Z kolei „Łotr 1” natchnął autora ósmego epizodu do stworzenia oszałamiających i nacechowanych emocjami scen batalistycznych oraz pewnej niejednoznaczności w charakterach postaci. Coraz trudniej rozdzielić bohaterów na „tych dobrych” i „tych złych”. Nieco łatwiejsze było to za czasów Rebeliantów i Imperii. Teraz zarówno Ruch Oporu, jak i Pierwszy Porządek mają w swoich szeregach osoby skore do zmiany stron konfliktu. Tyczy się to nawet głównej obsady i jest to kolejne świetnie zaskoczenie gwiezdnej produkcji.

W tym momencie warto wrócić właśnie do tej największej zalety „Ostatniego Jedi”. Przed premierą spekulowano o lojalności i wątpiono w szczere intencje poszczególnych postaci. Po premierze kolejnych teorii może być jeszcze więcej. Rian Johnson swobodnie poczyna sobie ze status quo serii i nie kroczy wytartymi ścieżkami fabularnymi. Odważnie proponuje nam coś nowego i nie obchodzi go chociażby wyidealizowany przez lata obraz legendarnego Mistrza Jedi Luke’a Skywalkera (Mark Hamill). Reżyser podobnie postąpił z Leią Organą (Carrie Fisher), która nareszcie nie jest tylko nobliwym wspomnieniem zamierzchłych czasów starej trylogii.

Nowa „wielka trójca” głównych bohaterów, czyli Rey, Finn i Poe (Daisy Ridley, John Boyega i Oscar Isaac), przechodzi dynamiczną przemianę w postacie z krwi i kości. Na naszych oczach ci młodzi ludzie stają się nieodłączną częścią liczącego już dziewięć pozycji cyklu zapoczątkowanego w 1977 roku. Kylo Ren (Adam Driver), postać dotąd zupełnie niezrozumiana i traktowana jednowymiarowo, w „Ostatnim Jedi” pokazuje prawdziwe oblicze samotnego i skonfliktowanego człowieka. Zaczynamy mu współczuć i – o zgrozo – zaczynamy go rozumieć. Nawet papierowi dotąd Hux (Domhall Gleeson) i Snoke (Andy Serkis) stają się kimś więcej, niż tylko złoczyńcami w wielkiej galaktycznym konflikcie.

„Gwiezdne wojny: ostatni Jedi” są najdłuższym filmem w historii sagi. Mimo masywnego czasu trwania niektórzy bohaterowie obecni są tylko na skraju kadru, a pewne wątki z kolei są odrobinę przeciągnięte. Ale nic nie jest w stanie pohamować mojego entuzjazmu. „Ostatni Jedi” odważnie igra z oczekiwaniami fanów. Film każdym kroku zaskakuje i myli tropy, jest efektowny, emocjonujący i momentami naprawdę zabawny. Poprowadzony wbrew oczekiwaniom widzów i nadający serii powiew świeżości jest bez wątpienia najlepszą rzeczą, jaka mogła przytrafić się „Gwiezdnym wojnom”.

Ocena: 9/10

Wśród lodowych lisków i porgich hasał,
Piotr Olczyk

Gwiezdne wojny: ostatni Jedi

Przygodowy Science-Fiction Od lat: 7 149 min

Więcej o filmie ZAREZERWUJ/KUP BILET
Komentarze

Dodaj swój komentarz do „Gwiezdne wojny: ostatni Jedi”: Moc zaskoczeń [RECENZJA]

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.