Recenzje

„Green Book” [RECENZJA]

Kurczaki i kukurydza.

Proste kino drogi opowiadające o trudnych sprawach z niesamowitą lekkością, bez nadęcia i tanich sztuczek. Wszystkie nominacje do Oscara dla „Green Book” są zasłużone. To po prostu komediodramat doskonały.

Lata 60. USA, kraj wolności i swobód. Tony (Viggo Mortensen) jest wykidajłą w modnym nowojorskim klubie. Lubi zapalić szluga i dobrze zjeść. Gdy pojawia się okazja, by zarobić trochę szmalu jako kierowca, mężczyzna zgadza się bez wahania. Okazuje się, że pasażerem ma być znany czarnoskóry muzyk. Tony nie lubi, gdy czarni kręcą mu się pod nosem, ale pieniądz nie śmierdzi. Tak oto Tony i Don (Mahersala Ali) ruszają w trasę. To będzie długa i bardzo pouczająca podróż.

 Green Book

 
Co ciekawe, owa historia wydarzyła się naprawdę. Tony Vallelonga, znany szerzej jako Tony Lip, aktor kojarzony chociażby z „Chłopaków z ferajny” i „Rodziny Soprano”, zwiedził u boku pianisty Donalda Shirleya kilka południowych stanów USA. Panowie mieli pod ręką niezawodną tytułową „Zieloną książeczkę” – spis przybytków, w których czarnoskórzy obywatele Stanów mogli przespać się podczas podróży. Kilka dekad później syn Tony’ego postanowił opisać historię ojca. Teraz rzecz trafia na ekran wyreżyserowana przez Petera Farrelly’ego. Farrelly wraz z bratem mają na swoim koncie takie komediowe klasyki, jak „Głupi i głupszy”, „Sposób na blondynkę” oraz „Ja, Irena i ja”. Być może „Green Book” spodobał się krytykom i publiczności właśnie dlatego, że problem wykluczenia i segregacji rasowej został w nim potraktowany z należytym szacunkiem, ale i komediową lekkością. Mnie takie podejście bardzo przypadło do gustu. Nie znoszę nachalnej martyrologii.

 Green Book

 
Nie oznacza to, że „Green Book” to jakiś pusty festiwal heheszków. Podczas seansu śmiałem się z niedowierzaniem obserwując absurdalną rzeczywistość, w jakiej przyszło żyć Tony’emu i Donowi. USA tamtych czasów jawią się jako kraj cierpiący na zaawansowaną schizofrenię. Zewsząd frazesy o równości i wolności zderzają się z zaściankowym podejściem i myśleniem, któremu daleko do rozsądku. Świetnie obrazuje to przykład traktowania Dona przez właścicieli koncertowych miejscówek. Pianista jest gościem honorowym, osobą poważaną i podziwianą przez białych wielbicieli. Jednocześnie Don nie może skorzystać z toalety – do wyboru ma albo wychodek, albo kibel w motelu nieopodal. Nie zje obiadu w restauracji, chociaż za godzinę ma zagrać tam recital. Zamiast kanapy w pełnoprawnej garderobie dostaje rozklekotane krzesełko w składziku na szczotki. Tony wielokrotnie nie może uwierzyć w to, co widzi. Wcześniej nie cierpiał czarnych, bo uważał, że tych po prostu nie cierpi się ot tak, zwyczajowo. Przecież za nim samym też wołają „makaroniarz”, co w tym złego? Jednakże podróż u boku Dona uświadamia prostemu, ale honorowemu Tony’emu istnienie głębokiej niesprawiedliwości, z której wcześniej nie zdawał sobie sprawy. Nikt nie musiał uczyć go o uprzedzeniach i rasizmie. Kto wie, być może Tony nawet nie zna takich słów. Ale gdy widzi, że coś jest nie tak, to instynktownie interweniuje.

 Green Book

 
„Green Book” hipnotyzuje wspaniałym aktorstwem. Mahershala Ali i Viggo Mortensen stworzyli jedne ze swoich najlepszych ról. Mortensen całkowicie znika w skórze Tony’ego. Wiecznie głodny, złotousty Włoch amerykańskiego pochodzenia w niczym nie przypomina szlachetnego Aragorna. Facet częściej najpierw bije, a potem pyta, ale nie sposób go nie lubić. Je jak prosiak, mówi to co myśli, jest niezwykle uparty oraz rozbrajająco szczery – i właśnie ta wrodzona szczerość definiuje tę postać. Tony nie robi niczego na pokaz, za to go szanujemy. Mahershala Ali wyrasta zaś na nowego Denzela Washingtona. Jego Don Shirley to nieco ekscentryczny, zagubiony geniusz wyprzedzający swoją epokę. Chciałby eksperymentować z klasyką, ale jest przymuszany do grania popularniejszej muzyki. Chciałby kochać, kogo chce, ale nie pozwalają mu na to ani prawo, ani obyczaje. Zamyka się więc w hermetycznym świecie świadomie ignorując dorobek swoich pobratymców w rodzaju Little Richarda i Arethy Franklin. Tony otwiera mu oczy na świat rock ‘n’ rolla i kurczaków z KFC („Jak to, przecież wy ludzie je uwielbiacie!”), zaś Don odpłaca mu lekcjami tolerancji, dobrych manier i… sztuki pisania listów.

„Green Book” to bez wątpienia komediodramat doskonały. Trudne tematy, lekkie podejście, wspaniałe aktorstwo – takie kino krzepi i daje satysfakcję nawet mimo pewnych uproszczeń. Wielbiciele „Wożąc panią Daisy” będą zachwyceni, pozostali także – „Green Book” jest świetny, chociaż nie odkrywa Ameryki, chce się rzec. Ale czy aby na pewno…?  

 
Ocena: 9/10

Kurczaka i kukurydzę uwielbia
Piotr Olczyk
Green Book

Green Book

Komedia Dramat Od lat: 13 131 min

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do „Green Book” [RECENZJA]

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.