Recenzje

„Boże Ciało” [RECENZJA]

Wszyscy jesteśmy Chrystusami?

Trzeci film Jana Komasy to dzieło twórcy spełnionego i gotowego głosić słowo filmowe ku zachwytom wiernych widzów.

Daniel właśnie wyszedł z poprawczaka, ale zrządzeniem losu zamiast do lokalnego tartaku, trafił do miejscowej parafii. A że w plecaku miał sutannę i koloratkę, a w sobie odkrytą niedawno duchowość, to przyjęcie posady księdza przyszło mu bez trudu. Doświadczenie? Żadne. Powołanie? Dzikie i nieokrzesane. Ta pierwotna chęć niesienia wiary zaprowadzi Daniela w bardzo wiele ciekawych miejsc, choć zamiast tak lubianej przez kino „drogi do odkupienia”, spodziewać się tutaj można raczej „drogi do spełnienia”. Okazuje się, że bycie kapłanem to coś więcej, niż cotygodniowe kazania i udzielanie ostatniego namaszczenia. I wcale nie mam na myśli codziennym trudów piastowania posady boskiego pośrednika.

Do Jana Komasy przylgnęła łatka „twórcy kontrowersyjnego”, choć według mnie jest to dość niesłuszne miano. Reżyser wyróżnia się nie tyle kontrowersją, ile odważnym podejściem do podejmowanych przez siebie tematów. W „Sali samobójców” pokazał problem szkolnego nękania skłaniającego do ucieczki w wirtualny świat. Swoim bohaterem uczynił bogatego, rozwydrzonego, ale i nad wyraz wrażliwego nastolatka, który w swoim konflikcie ze światem nie ma szans na zwycięstwo. W podobne tony uderzał w superprodukcji „Miasto 44”, w której cały pierwszy plan zasilają ludzie podążający za wzniosła ideą, jednocześnie coraz głębiej wkraczający w mrok wojennej pożogi. Komasa ponownie sięgnął po śmiałe środki. Efektem tego w filmie traktującym o Powstaniu Warszawskim znalazło się miejsce na sekwencję rodem z komputerowych strzelanek, na śmigające w zwolnionym tempie kule układające się w kształt serca, a nawet na scenę okraszoną muzyką dubstepową. Ja to kupiłem, ale wiem, że „Miasto 44” ma tyle samo zwolenników, co przeciwników. Tych drugich z pewnością ucieszy fakt, że „Boże Ciało” jest filmem wyjątkowo – jak na Komasę – zachowawczym. Przynajmniej pod względem technicznym. 

Najnowszy film Komasy nie korzysta z dobrodziejstw magii komputerowych efektów specjalnych ani nie szokuje decyzjami montażowymi. To kameralna, świetnie napisana opowieść o szukaniu wiary w najmniej prawdopodobnych miejscach. Nie dla rodziców, nie dla babci, nawet nie dla Boga, ale dla samego siebie. Daniel jest wyrzutkiem, rozrabiaką lubiącym coś chlapnąć i przyjarać, ale jednocześnie okazuje się być bardzo dobrym duchownym, który dla odmiany słucha swoich parafian i autentycznie pragnie ukoić ich złamane serca. Lokalna społeczność jest zdruzgotana przerażającym wypadkiem, który odebrał życie siedmiu osobom. Lokalna społeczność jest także przerażająco podzielona, plująca na bliźniego swego, a jednak łasa na rozgrzeszenie. Nie tędy droga, mówi Daniel i, niczym w dobrym westernie, takim z Clintem Eastwoodem z początku lat 70., jako samozwańczy ksiądz-szeryf postanawia zrobić porządek. Wiele stacji przed nim, wiele upadków, bo choć dusza miasteczka aż wyje z bólu, to droga do zbawienia jest wyjątkowo wyboista. Nasuwa się jednak też pytanie – czy Daniel, zawieszony między sacrum i profanum, będzie w stanie całkowicie odciąć się od swojej przeszłości?

„Boże Ciało” to przykład nie tylko świetnego scenariusza - autorem tego dojrzałego, przemyślanego tekstu jest zaledwie dwudziestosiedmioletni Mateusz Pacewicz! - ale także bardzo dobrze dobranej obsady. Błyszczy oczywiście odtwórca głównej roli, czyli Bartosz Bielenia. Aktor zręcznie korzysta nie tylko ze swojego talentu, ale także charakterystycznej urody. Ciekawa aparycja dodaje mu cech „człowieka znikąd”. Na pierwszy rzut oka widać, że żaden z niego ksiądz – jednakże koloratka potrafi czynić cuda. Drugi plan uzupełniany jest przez bardzo dobrze rozpisane postacie. Leszek Lichota występuje w roli typowego biznesmena z prowincji, stojącego ponad wszystkimi, a gdy przychodzi co do czego, to klękającego w błocie razem z maluczkimi. Łukasz Ziętek, nieco wbrew swojemu emploi, gra przebojowego bad boya. Świetną, utkaną z subtelnych nici rolę zalicza tu także Aleksandra Konieczna – gosposia księdza, od początku nieufna, ale bogobojna. Nie sposób także nie wspomnieć o Elizie Rycembel wcielającej się w… Elizę, przyjaciółkę i pośredniczkę Daniela oraz jedną z niewielu naprawdę prawych osób w miasteczku. Gdyby to był prawdziwy western, to postać Rycembel z pewnością byłaby kurtyzaną o złotym sercu.

Jan Komasa udowodnił, że potrafi opowiedzieć fascynującą historię także bez tak często zarzucanego mu „efekciarstwa”. „Boże Ciało” wydaje się być idealnie skrojone pod zagraniczne rynki. Nagroda na festiwalu w Wenecji jest tego doskonałym przykładem. To film uniwersalny, pozbawiony natrętnej martyrologii, w żadnym wypadku nie antykościelny. Ani nie obraża, ani nie wychwala pod niebiosa. Podobnie jak Daniel pojawił się znikąd w małym miasteczku, tak „Boże Ciało” po prostu nam się trafiło. I ujrzeli widzowie, że to bardzo dobre. Ta produkcja umacnia wiarę w to, że polskie kino ma się świetnie.

Ocena:

9,5/10

Nigdy nie był ministrantem
Piotr Olczyk

Boże Ciało

Boże Ciało

Obyczajowy Od lat: 15 115 min

Więcej o filmie ZAREZERWUJ/KUP BILET
Komentarze

Dodaj swój komentarz do „Boże Ciało” [RECENZJA]

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Monika

Monika

15.10.2019, 20:22:46

Film jest świetny ,Bartosz Bielenia główny bohater rewelacyjny,tylko zakończenie mi się nie podobało ..