Recenzje

„Ant-Man i Osa” [RECENZJA]

Mrówczej roboty nigdy dość.

Ant-Man powraca do Kinowego Uniwersum Marvela w mikrohistorii o makrosprawach. Na chwilę przed pstryknięciem Thanosa bohaterski Scott Lang i reszta udowadniają, że supermoce są fajne, ale to rodzina jest najważniejsza.

Biedny ten Ant-Man. Przez lata nikt nie traktował go poważnie. Na kartach komiksu Hank Pym był postacią tragiczną, superbohaterem, który potrafi porządnie przyłożyć nie tylko przestępcy, ale i własnej żonie. Jednocześnie przeżywał szalone przygody: latał na mrówkach, walczył pośród traw wysokich jak sekwoje i swobodnie skakał między skalami mikro i makro powiększając się do rozmiarów King-Konga. Pomieszanie z poplątaniem. Inni herosi po kolei dostawali własne filmy, tymczasem Ant-Man wciąż tkwił w kinowym limbo czekając na swoją kolej. 

Gdy w końcu nadeszła jego chwila, to i tak nie obeszło się bez problemów. Edgar Wright, twórca między innymi takich hitów, jak „Baby Driver” i „Wysyp żywych trupów”, przez osiem lat współpracował z Marvelem przy produkcji „Ant-Mana”, by finalnie zrezygnować z posady reżysera na chwilę przed rozpoczęciem zdjęć. Na szczęście cały ten ambaras skończył się dobrze – całość dokończył Peyton Reed, a widzowie otrzymali komediowy film akcji, którego umiarkowany rozmach dobrze współgrał z niewielkim herosem. Minęło kilka lat. Kinowe Uniwersum Marvela osiągnęło punkt kulminacyjny, Thanos jednym pstryknięciem pozbawił życia połowę wszechświata, tymczasem Ant-Man dostał sequel i dalej robi swoje. 

Jeśli „Ant-Man” był szalonym kinem włamu, to „Ant-Man i Osa” jest ni mniej, ni więcej tylko zwariowaną rodzinną komedią pomyłek. Po ogromnej skali traumatycznego widowiska „Avengers: wojna bez granic” powrót do mniejszej, zamkniętej historii działa niemalże katartycznie. Scott Lang (Paul Rudd) nie jest już Ant-Manem. Siedzi w areszcie domowym, bawi się ze swoją córką Cassie i odlicza dni do końca odsiadki. Oryginalny Ant-Man, czyli Hank Pym (Michael Douglas) wraz z córką Hope (Evangeline Lilly) ukrywają się przed władzami. Zbiegowie łączą siły z byłym sojusznikiem, gdy pojawia się szansa na uwolnienie Janet Van Dyne – żony Hanka i matki Hope – z wymiaru kwantowego, w którym utknęła niemal 30 lat temu. Tymczasem naszym bohaterom po piętach drepczą gangsterzy, FBI oraz tajemnicza zamaskowana postać…

Zaintrygowani? Historia wydaje się aż za prosta w porównaniu z „Czarną Panterą” czy przede wszystkim „Avengers: wojna bez granic”, ale ta mikroskala pasuje idealnie do mikrobohatera. Wspomniałem już o tym, że „Ant-Man i Osa” przypomina nieco komedię pomyłek i jak na dłoni widać to chociażby po tym, w jaki sposób prowadzi się tutaj fabułę i jak traktuje się antagonistów. Bohaterowie niemal przez cały film gonią za kolejnymi Bardzo Ważnymi Przedmiotami, ale tak naprawdę tę produkcję napędzają świetne dialogi, dynamika między postaciami i kolejne zwroty fabularne przechylające szalę to w jedną, to w drugą stronę. A czarne charaktery? Bez zdradzania tajemnic filmu powiem tyle, że Marvel nareszcie odpuścił wytarty schemat „główny zły jest odbiciem głównego bohatera”. Zamiast kolejnego Killmongera, Stane’a, Malekitha i Yellowjacketa rolę schwarzcharakteru pełnią tu przede wszystkim… niesprzyjające zrządzenia losu. No dobra, jest też Walton Goggins w roli baaardzo groźnego gangstera, ale Walton to Walton. Jego obecność tylko potwierdza regułę, acz oczywiście nie wyjaśnię dlaczego. Tego dowiecie się już w kinie. 

Pierwszy „Ant-Man” udał się mimo bardzo niesprzyjających warunków podczas produkcji i scenariusza przepisywanego wciąż na nowo. „Ant-Man i Osa” to dzieło zaplanowane od początku do końca i przemyślane jako samodzielny produkt – rzecz niemal niespotykana w dzisiejszych filmach Marvela. Z jednej strony sprawia to, że próżno szukać w nowych przygodach Scotta Langa gościnnych występów Avengersów. Ale z drugiej oznacza wolność twórczą i zabawną, lekką historię pozbawioną ciężaru ponurej „Wojny bez granic”. Tutaj liczą się przede wszystkim radosna gra z konwencją i… rodzina. Hank, Hope i Janet, Scott i Cassie oraz inni nie ratują świata, tylko swoich najbliższych i gotowi są zrobić dla nich wszystko. W takiej perspektywie kosmiczne problemy, nordyckie bóstwa i zielone potwory choć na chwilę schodzą na dalszy plan. 

„Większy” wcale nie oznacza „lepszy”. „Ant-Man i Osa” to prosta historia opowiedziana w skali mikro, ale emocji i humoru tutaj nie brakuje. Może i jest to pobocze Kinowego Uniwersum Marvela, ale przygody Scotta, Hope i reszty bawią tak samo, jak perypetie Tony’ego Starka i Stephena Strange’a. Możemy być pewni, że Ant-Man i Osa powrócą.

Chyba.

Ocena 7/10

Recenzję napisał pracowity jak mrówka
Piotr Olczyk

Ant-Man i Osa

Akcja Familijny Science-Fiction Od lat: 12 117 min

Więcej o filmie ZAREZERWUJ/KUP BILET
Komentarze

Dodaj swój komentarz do „Ant-Man i Osa” [RECENZJA]

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.