TOP Multikino

5 niszowych horrorów...

... które niespodziewanie okazały się kasowymi sukcesami

Jeśli tylko ma się otwartą głowę i talent, robienie kina grozy może okazać się dobrym pomysłem na portfel inwestycyjny. Wystarczy tylko porządnie nastraszyć ludzi.

I tu co prawda pojawia się problem, w końcu każdy twórca horrorów ma taki cel, a fakt, że udaje się co dziesiątemu, świadczy tylko o tym, że branża grozy to nie cyrk - widz wyczuje ściemę od razu. Trafiały się jednak w historii kina takie horrory, które - nakręcone po relatywnie niskich kosztach - okazały się wielkimi hitami.

1.    Blair Witch Project (1999)

Wzorzec z Sevres dla wszystkich low-budgetowych wojowników, którzy pragną dorobić się na przyprawianiu ludzi o stan przedzawałowy. Te dane od blisko 20 lat powtarza się jak mantrę - 60 000 dolarów budżetu i blisko ćwierć miliona (!) zysku. Naturalnie, że rzadko spotykana wówczas w kinie konwencja found footage przyciągnęła przed ekrany miliony, ale po latach możemy powiedzieć sobie otwarcie: poza tymi 60 tysiącami - czyli kwotą, za którą kupimy w Polsce luksusowy samochód - w samą promocję „Blair Witch Project” wpompowano grube miliony. I oczywiście, twórcy i producenci zarobili na pięć pokoleń do przodu, natomiast tę romantyczno - ekonomiczną historię o biednych filmowcach, którzy przypadkowo stali się krezusami, należy włożyć między bajki.

2. Paranormal Activity (2007)

To podobny przykład - najpierw reżyser Oren Peli nakręcił horror, wkładając w niego 15 tysięcy dolarów, z czego tysiąc poszedł na honoraria dla głównych aktorów: Katie Featherston i Micaha Sloata. Potem porozsyłał go po gatunkowych festiwalach, film wywołał furorę, a po seansie na Screamfest Horror Film Festivalu do Peliego zgłosił się Paramount i kupił prawa do wyświetlania obrazu. Pozostało tylko przemontować film (m.in. zmieniono zakończenie), wpuścić do kin, zadbać o dobrą kampanię promocyjną, a efekt okazał się świetny: blisko 200 milionów dolarów wpływów. Peli nie stanął już za kamerą, za to wyprodukował pięć kolejnych części serii.

3. Obecność (2013)

Pomysł realizacji filmu wyszedł od pierwowzoru głównej bohaterki, badaczki zjawisk paranormalnych Lorraine Warren - a konkretnie: od wywiadu, który przeprowadziła z nią Carolyn Perron, też zresztą pojawiająca się w filmie. Do wykonania droga była jednak długa, projekt przeleżał na półce ponad 20 lat, ale udało się. Kosztująca 20 milionów dolarów „Obecność” zarobiła na całym świecie ponad 15 razy tyle. No ale za kamerą stanął człowiek, który zrobił coś z niczego. James Wan już raz doprowadził do sytuacji, w której niszowy film („Piła”) stał się globalnym megahitem. Zresztą ku zgrozie globu.

4. Uciekaj (2017)

O tym filmie wszyscy powiedzieli już wszystko. 4.5 miliona budżetu, 255 milionów wpływów, cztery nominacje do Oscarów i dwie do Złotych Globów. O żadnym innym horrorze nie mówiło się w zeszłym roku tak wiele, choć uczciwość każe przyznać, że „Uciekaj” jest hybrydą gatunkową, nie mającą wiele wspólnego z klasycznym kinem grozy.
Z drugiej strony gatunek jest już na takim wyczerpaniu, że teraz, aby przyciągnąć widza, należy wykonać krok poza konwencję.

5. Ciche miejsce (2018)

I najświeższy przykład, w dodatku zupełnie niespodziewany, kto bowiem spodziewałby się, że debiutancki film Johna Krasinskiego (grał m.in. Jima w „The Office”) okaże się tak dobrym, tak odświeżającym gatunek i przede wszystkim - tak kasowym horrorem? 17 milionów dolarów budżetu (ciekawe, czy Emily Blunt, prywatnie żona Krasinskiego, zagrała u niego po kosztach?), 50 milionów tylko w weekend otwarcia. Swoje zrobiły też entuzjastyczne reakcje widzów i krytyków po pierwszych pokazach. W niewielu gatunkach filmowych wpływy finansowe tak bardzo zależą od jakości produktu.
Horror jest jednym z nich.

Ciche miejsce

Ciche miejsce

Thriller Horror Od lat: 15 90 min

Więcej o filmie
Komentarze

Dodaj swój komentarz do 5 niszowych horrorów...

Aby dodać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj.

komentarze|0

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.